• Śpiewnik Redemptorystów
    Rok Świętego Gerarda Majelli
    Portal Kaznodziejski
    Kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy, Płyta CD z pieśniami do MBNP
  • Menu

    bł. Franciszek Ksawery Seelos (1819 – 1867)

    bł. Franciszek Ksawery Seelos (1819 – 1867)

    Franciszek Seelos urodził się w Füssen (Niemcy). Po rozpoczęciu studiów w seminarium diecezjalnym poznał zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela. Wyjechał do Ameryki Północnej i tam, 20 kwietnia 1843 roku wstąpił do nowicjatu. Święcenia kapłańskie otrzymał 22 grudnia 1844 roku.

    Rozpoczął posługę kapłańską w Pittsburgu (stan Pensylwania) jako współpracownik Jana Nepomucena Neumanna. W tym samym czasie pełnił również funkcję magistra nowicjatu głosząc chętnie słowo Boże. Następnie oddał się całkowicie głoszeniu misji ludowych w języku angielskim i niemieckim w różnych stanach Ameryki Północnej.

    Zmarł w Nowym Orleanie 4 października 1867, w czterdziestym ósmym roku życia. W poczet błogosławionych zaliczył go papież Jan Paweł II, 9 kwietnia 2000 roku. Wspomnienie liturgiczne przypada na 5 października.

    Kazanie na wspomnienie bł. Franciszka Seelosa na Redemptorystowskim Portalu Kaznodziejskim

     

     

    Dłuższy życiorys bł. Franciszka Ksawerego Seelosa

    Wprowadzenie

    Jesienią 1867 r. gwałtowny wybuch epidemii żółtej febry sparaliżował Nowy Orlean. Jedna trzecia mieszkańców tego stupięćdziesięciotysięcznego miasta została zarażona wirusem, a w konsekwencji tej zarazy zmarło pięć tysięcy osób. Wśród zarażonych był imigrant, pokorny ksiądz-misjonarz, redemptorysta Franciszek Ksawery Seelos. Podczas jego trzytygodniowej choroby prasa regularnie publikowała najświeższe informacje dotyczące stanu jego zdrowia. Wiadomość o jego śmierci, która nastąpiła 4 października, znalazła się na pierwszych stronach gazet. Pogrzeb zgromadził biednych i ubogich, czarnych i białych, imigrantów i Amerykanów. Zgromadzili się oni tłumnie w kościele Najświętszej Maryi Panny i oczekiwali godzinami, aby pomodlić się przed trumną zmarłego.

    Niektórzy z zakonnych przyjaciół o. Seelosa byli zaszokowani dającą się wszędzie wyczuć atmosferą smutku, ale i szacunku. Mieli oni jeszcze świeżo w pamięci sytuację, w której przełożony generalny redemptorystów nagle zwolnił o. Seelosa z jego tak odpowiedzialnej funkcji prefekta redemptorystowskich studentów. Była to dymisja upokarzająca, gdyż poddano w wątpliwość kompetencje i przykład zakonnego życia zmarłego. Pamiętali także, że czasami narzekano na niego z powodu jego słabości, nazywano go „starą babą”, „zakutym łbem” i człowiekiem niezdrowo żądnym mądrości i zdolności przewidywania.

    Ale dla tysięcy ludzi o. Seelos po prostu głosił Ewangelię, modlił się, pomagał, okazywał życzliwość – krótko mówiąc był świętym.

    „Moje małe długi”

    Franciszek Ksawery Seelos urodził się 11 stycznia 1819 r. w położonym malowniczo u podnóża Alp miasteczku Füssen w Niemczech. Był szóstym z dziewięciorga dzieci państwa Franciszki i Manga Seelosów. Wkrótce po narodzinach Franciszka powoli zaczął upadać tkacki biznes ojca. Z trudem praca zapewniała to, co konieczne rodzinie, która szybko liczebnie powiększała się. Matka Franciszka żartobliwie zaczęła nazywać swoje dzieci mianem „moje małe długi”. Na szczęście gdy Franciszek miał 11 lat, jego ojciec znalazł nową posadę. Była to praca zakrystianina w parafialnym kościele. Od tej pory pan Mang miał zagwarantowaną stałą pensję. Dzięki niej rodzina mogła przenieść się do przestronnego domu ze ślicznym ogrodem, w pobliżu kościoła.

    Franciszek był dzieckiem dobrym, otoczonym miłością i pomocą kochającej się katolickiej rodziny. Siostra jego w następujący sposób opisała ich dzienny rozkład zajęć: Wstawaliśmy wszyscy wcześnie rano i uczestniczyliśmy we Mszy św. Po śniadaniu każdy zaczynał wykonywać swoje prace, a dzieci szły do szkoły. Przed posiłkami recytowaliśmy modlitwę „Anioł Pański” i modliliśmy się innymi naszymi modlitwami. Podczas posiłku dzieci musiały opowiadać o tym, czego nauczyły się w szkole, a ojciec dodawał swoje spostrzeżenia (…). Po zakończeniu wieczerzy mieliśmy czytanie duchowne, które zawsze dotyczyło życia tego świętego, którego wspomnienie obchodzono danego dnia.

    Pewnego dnia młody jeszcze wtedy Franciszek został głęboko poruszony dramatyczną historią życia swojego imiennika – misjonarza o. Franciszka Ksawerego, jezuity. Często mówił, i to jeszcze wtedy, gdy był chłopcem, o podążaniu śladami swego świętego patrona. Proboszcz dość szybko zainteresował się Franciszkiem jako bystrym, sumiennym ministrantem. Poczynił nawet pewne kroki, aby Franciszek mógł kontynuować swoją naukę w gimnazjum w Augsburgu, a później na uniwersytecie w Monachium.

    O Franciszku mówiono, że był towarzyskim, lubiącym rozrywkę młodzieńcem. Potrafił znaleźć na każdą okazję żart i był wyśmienitym gawędziarzem. Podczas spędzonych w Monachium lat przyłączył się do bractwa studenckiego, brał lekcje szermierki, tańców i rozkoszował się zażywaniem tabaki. Miał jednak pewien irytujący niektóre osoby nawyk. Według opinii jego szkolnych kolegów śpiewał zawsze zbyt wysoko. Podczas Eucharystii wprawiał w nie lada zakłopotanie przyjaciół, śpiewając bardzo głośno pieśni kościelne. Jednak ta swoistego rodzaju beztroska nie przeszkadzała mu w nauce. Wiedział, że aby zostać przyjętym do Zakonu Jezuitów, musiał być najlepszym. O tym właśnie pragnieniu wspominał wielu swoim przyjaciołom. Zmienił jednak zamysł w 1842 r. Wtedy to redemptoryści wystosowali do wiernych gorący apel o misjonarzy. W swoich marzeniach Franciszek wyobraził sobie, że będzie księdzem pracującym w owych pionierskich czasach w Ameryce. Złożył więc prośbę o przyjęcie do Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela. Rok później był już w drodze do Ameryki.

    Kapłan – pionier

    Wraz z trzema współbraćmi redemptorystami Franciszek wylądował w Nowym Jorku 20 kwietnia 1843 r. Redemptoryści byli już w Ameryce od 10 lat. Piętnastu członków Zgromadzenia posługiwało głównie ubogim imigrantom we wschodnich stanach tego kraju.

    Po odbyciu nowicjatu, 2 grudnia 1844 r., Franciszek został kapłanem. Skierowano go do parafii św. Filomeny w Pittsburgu. Budynek kościoła mieścił się w murach starej, walącej się fabryki. Nieszczelny, ciasny budynek służył jako plebania. Pomimo prymitywnych warunków o. Seelos rozwijał się wspaniale pod troskliwym okiem rektora wspólnoty o. Jana Neumanna – obecnie znanego jako świętego Jana Neumanna. O zaspokojenie potrzeb duszpasterskich 45 tysięcy katolików w zachodniej Pensylwanii dbało wtedy 21 księży. Było to oczywiście dla nich praca ponad siły. O. Seelos od razu rzucił się w wir pracy – udzielał sakramentów małżeństwa i chrztu św., odwiedzał chorych, słuchał spowiedzi i przepowiadał słowo Boże w trzech językach: niemieckim, francuskim i angielskim. Pomimo jego źle akcentowanej i łamanej angielszczyzny wierni byli urzeczeni jego kazaniami. Jego przekaz był prosty, choć styl przepowiadania miał niekonwencjonalny i bardzo zabawny. Korzystając ze swojego gawędziarskiego talentu, często odgrywał sceny biblijne, improwizował rozmowy pomiędzy Jezusem a uczniami i innymi postaciami ewangelicznymi. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, ten „Jezus” trochę odbiegał od historycznych przekazów. Kaznodzieja w bardzo swobodny sposób dzielił się ze słuchaczami swoimi uwagami, obserwacjami na temat danego fragmentu Ewangelii, a nawet zdarzało mu się opowiadać kawały. Wierni byli nim zachwyceni.

    Jego kazania wyglądały na bardzo spontaniczne, ale o. Seelos poświęcał na ich przygotowanie wiele godzin, pisząc słowo po słowie cały tekst. W połowie kazania robił przerwę, aby wyciszyć maksymalnie słuchaczy, a następnie kontynuował jeszcze poważniejszym tonem głosu. Objaśniał Pismo święte i ukazywał swoim słuchaczom wynikające z niego wnioski. Zakończenia kazań przypominały swą żarliwością wezwania ewangeliczne. Czasami rozkładał szeroko ramiona i wołał: „O grzesznicy, którzy nie macie odwagi wyznać swoich grzechów z powodu ich liczby, charakteru czy haniebności! Przyjdźcie bez obawy czy drżenia! Obiecuję przyjąć was z całą łagodnością, a jeżeli nie dotrzymam słowa, publicznie daję wam prawo zarzucić mi to w konfesjonale i oskarżyć mnie o fałsz!”

    Spowiednik i doradca

    Przepowiadanie o. Seelosa oraz obietnica traktowania penitentów „z całą łagodnością” zachęcały do poszukiwania go nawet przez bojaźliwych czy zatwardziałych grzeszników. Czasami kolejka do jego konfesjonału wiła się jak wąż w całym kościele, a nawet poza nim, tak że niekiedy trzeba było czekać dwie, trzy godziny. Jego łagodny, przyjacielski sposób mówienia ułatwiał penitentom zwierzanie się, a jego zaufanie w Boże miłosierdzie podnosił wszystkich na duchu. „To nie wasza sprawiedliwość, ale Boże miłosierdzie jest źródłem waszego zaufania” – tłumaczył. „Nikt nie jest zgubiony z powodu tego, że jego grzech jest zbyt wielki, lecz z tego powodu, że jego zaufanie jest zbyt małe”.

    Surowo za to odnosił się do księży, którzy nie podchodzili do penitentów z dobrocią i miłosierdziem. „Ksiądz, który jest obcesowy względem ludzi, krzywdzi siebie i innych; grzeszy (…) i gorszy tych wszystkich, którzy go widzą i słuchają. Tysiące ludzi odrzuca Kościół i sakramenty, ginąc na wieki, wyłącznie dlatego, że zostało źle potraktowanych przez księdza”.

    Nie miał także wyrozumiałości dla osób zakonnych, które narzekały na swoje wspólnoty czy obwiniały innych za swoje cierpienia. To ani nasi współbracia, ani siostry w wierze, ani nawet nasi przełożeni nie są powodem naszego najmniejszego cierpienia – pisał. Oszukujemy siebie i poddajemy się pokusom, jeżeli uważamy, że jesteśmy źle traktowani przez wspólnotę. Dobry Bóg zawsze nad nami czuwa. Pozwala nam cierpieć tak dużo i tak długo, jak według Niego jest to dla nas pożyteczne.

    Ojciec ubogich

    Pomiędzy 1847 a 1867 r. o. Seelos przechodził z jednej wspólnoty do drugiej, pełniąc posługę proboszcza, wykładowcy, mistrza nowicjatu, prefekta studentów, misjonarza ludowego i duszpasterza. Kiedy był proboszczem parafii św. Alfonsa w Baltimore, napisał do swojej siostry list. Czytamy w nim m.in.: „Nie jestem w stanie wyrazić wdzięczności Bogu za powołanie, choć od samego rana do późnej nocy mam mnóstwo trosk i kłopotów (…). Biali i czarni, Niemcy i Anglicy, współbracia i ludzie z zewnątrz, duchowni i świeccy, arystokratyczne kobiety i uduchowione zakonnice, biedni i chorzy proszą mnie o pomoc. Jedni chcą tego, inni czegoś innego. Nie mam odpoczynku. Znalezienie wolnej chwili na czytanie duchowne czy nawiedzenie Najświętszego Sakramentu wymaga ode mnie wyjątkowego wysiłku. Jeśli opisałbym Ci choć jedno doświadczenie, któregoś z moich dni, byłabyś zdumiona”.

    Seelos bChociaż wydaje się, że pewna frustracja przebija z tego listu, to większość ludzi odbierała ojca Franciszka jako spokojnego i dostępnego. Znajdował czas dla ubogich i chorych nawet wtedy, kiedy było mu to zupełnie nie na rękę. Współbracia twierdzili, że zazwyczaj szedł do łóżka zupełnie ubranym albo spał na ławce blisko drzwi wejściowych, aby w razie potrzeby szybko odpowiedzieć na pilne nocne wezwanie do chorego.

    Prostytutki w Baltimore nigdy nie mogły zapomnieć nocy, kiedy pospieszył do domu jednej z nich, aby pocieszyć młodą kobietę na łożu śmierci. Pozostał z nią tam aż do końca, zdając sobie bardzo dobrze sprawę z tego, że ta długa, późno w nocy odbyta wizyta spowoduje obelżywe pogłoski. Kilka dni potem, kiedy zaniepokojony przyjaciel pokazał mu gazetę z nagłówkiem zawierającym insynuacje na temat jego nocnej wizyty, wzruszył ramionami i powiedział tylko: „Tak, ale zbawiłem duszę”.

    Pewien człowiek pozbawiony środków do życia wspominał, że pewnego mroźnego zimowego dnia o. Seelos przechodził obok niego ulicą. Kiedy zobaczył szmaty obwiązane wokół stóp biedaka, na chwilę przystanął. Następnie usiadł na krawężniku, zdjął swoje buty i wręczył je temu człowiekowi wraz z dobrym słowem. Później wstał i poszedł dalej już w samych skarpetkach.

    Innym razem samotna młoda matka wycieńczona przez chorobę opisała wizytę o. Seelosa w jej domu. Po zakończeniu modlitw w intencji chorych nie spieszył się z wyjściem, choć tego właśnie się spodziewała. Przybliżył krzesło, aby z nią porozmawiać i dotrzymać jej towarzystwa, a następnie zaczął czytać na głos książkę. Wychodząc, wziął jej brudne ubranie na plebanię, aby je wyprać i naprawić.

    Jeden z jego współbraci, który był razem z nim we wspólnocie, powiedział: „Chociaż był przełożonym i był nieustannie zatrudniony przez podwładnych, nie stanowiło dla niego problemu przeznaczenie nawet pół godziny na rozmowę z ubogim, chorym psychicznie człowiekiem, który otrzymał obiad w klasztorze. Podczas tej rozmowy, aby lepiej zrozumieć człowieka ubogiego, cierpliwie wsłuchiwał się w jego głos, próbując znaleźć się w jego położeniu”.

    Inny współbrat nie był tak wyrozumiały. Pewnego dnia wyrzucał o. Seelosowi to, że skandalicznie marnuje czas, pocieszając przez kilka godzin ubogą, zdziwaczałą starszą kobietę. Wtedy o. Seelos odpowiedział mu: „Nie czynię nic złego, gdy odnoszę się jednakowo z dobrocią do wszystkich. Byłoby złem, gdybym traktował jednych dobrze, a drugich niegrzecznie”.

    W obliczu trudności i krytyk

    Lata, w których o. Seelos pełnił posługę kapłańską, naznaczone były bigoterią i prześladowaniami katolików w Ameryce. Aby wypełniać swoje duszpasterskie obowiązki, kapłani musieli mieć sporą odwagę, gdyż wyjście na ulice czy wyprawa w niedalekie nawet przedmieścia nie były bezpieczne. Nieprzyjazne grupy ciągle zagrażały i przeszkadzały katolikom; niektóre z nich posuwały się nawet do tego, że wrzucały zapalone pochodnie do budynków kościelnych, aby je podpalić.

    Aby dotrzeć do poszczególnych katolickich rodzin mieszkających na obrzeżach diecezji, o. Seelos czasami musiał podróżować ponad sto kilometrów, i to często przy niesprzyjającej pogodzie i w bardzo trudnym terenie. Niejednokrotnie był obrzucany kamieniami, bity, grożono mu bronią, a nawet pewnego razu o mało go nie utopiono, gdyż ludzie chcieli wyrzucić go z promu.

    O ile człowiek potrafi znieść nieprzychylność wrogów, to psychicznie trudno pogodzić się z tym, że najbliżsi i ci, od których nie powinniśmy się spodziewać czegoś złego, mogą nam szkodzić. Pomimo wysiłków, jakie podjął o. Seelos, aby służyć jak najlepiej swojej zakonnej wspólnocie, kilku wpływowych współbraci trwoniło niewiarygodne ilości czasu i energii, rozpowszechniając różne kłamstwa dotyczące rzekomych wad o. Franciszka.

    Kiedy o. Seelos został prefektem redemptorystowskich studentów, pewien współbrat oczerniał go przed lokalnymi i generalnymi przełożonymi w Rzymie, że brakuje mu doświadczenia, wnikliwości i stanowczości niezbędnej przełożonemu. Koronnym argumentem było zaś to, że o. Seelos nie mówił dobrze po łacinie. Był ponadto oskarżany o to, że idzie na łatwiznę, i krytykowano go za dawane studentom pozwolenia na grę na instrumentach po wieczornych modlitwach, na pływanie w morzu i włączanie się w szkolne przedstawienia. Może dla nas dzisiaj nie wydaje się to jakimś ciężkim przewinieniem, lecz w tamtych czasach formacja zakonna była wysoce sformalizowana i kontrolowana. Program proponowany przez o. Franciszka nie pasował do skostniałego europejskiego modelu formacji zakonnej. Ściśle mówiąc, o. Seelos nie złamał reguł zakonnych, lecz proponował, aby je dostosować do kultury i potrzeb ówczesnego pokolenia amerykańskich studentów. Był pionierem w dziedzinie formacji w swoim zgromadzeniu i dlatego też niektórzy z jego współbraci nie byli w stanie pojąć jego nowoczesnych metod i idei. Ogrom zarzutów i oskarżeń spowodował, że został uznany za niezdolnego do kierowania 60-osobową grupą studentów uczestniczących w zakonnej formacji. Chociaż ta decyzja musiała go ogromnie dotknąć, nie rozpaczał, gdy rezygnował z odpowiedzialności i ciężarów formowania kleryków. Kilka lat wcześniej pisał bowiem do swojej siostry, że tęskni do czasu, kiedy będzie mógł zrzec się swoich administracyjnych obowiązków – „dzieł Marty” – i poświęcić się zadaniom Marii, „adorującej u stóp Jezusa”.

    Święta śmierć

    Ostatnie dekrety, jakie otrzymał w swoim życiu o. Seelos, kierowały go do trzyletniej pracy w zespole misyjnym oraz mianowały go na rok czasu proboszczem parafii Najświętszej Maryi Panny w Nowym Orleanie. Większość członków wspólnoty, do której przyszedł, złożona była z dawnych jego studentów. Przyjęli oni z ogromną radością swojego dawnego ukochanego przełożonego i nauczyciela.

    Jego sława jako świętego człowieka była już szeroko rozpowszechniona. Ludzie wręcz lgnęli do niego, zwierzali się mu, a kiedy chorowali, wołali od razu po niego. Niektórzy zaświadczali, że nadzwyczajne uleczenia były związane właśnie z jego wizytami. Inni mówili po prostu, że czuli się o wiele lżej na sercu czy też mieli więcej nadziei po spędzeniu choć chwili w jego obecności.

    Charakterystycznym dla o. Seelosa jest to, że ostatnią posługą duszpasterską, jaką wypełnił przed przykuciem przez żółtą febrę do łóżka, były odwiedziny człowieka umierającego na tę właśnie chorobę. Tego dnia, chociaż nie czuł się najlepiej, pokonał znaczny odcinek drogi, aby opiekować się aż do momentu śmierci umierającym człowiekiem. Do klasztoru powrócił o godzinie trzeciej po południu i upadł ze zmęczenia na łóżko.

    Najpierw współbracia sądzili, że ma jedynie łagodną gorączkę, lecz później, gdy jedno z jego płuc przestało pracować, zaczął słabnąć i stracił apetyt. Dopiero wtedy, kiedy zaczął majaczyć, zdano sobie sprawę, że jego koniec jest bliski. Zmarł 4 października 1867 r., dokładnie wtedy, kiedy współbracia śpiewali jedną z jego ulubionych pieśni ku czci Najświętszej Maryi Panny.

    Orędzie o. Seelosa

    W oczach świata życie o. Seelosa nie miało większego znaczenia. Nie otrzymał żadnej godności kościelnej w amerykańskim Kościele ani nie pozostawił istotnego wkładu w teologii. Lecz jego spadek był o wiele ważniejszy. O. Seelos pracował bezpośrednio z ludźmi – mężczyznami i kobietami, młodymi i starszymi, grzesznikami i świętymi – którzy zmierzali do królestwa niebieskiego poprzez problemy, trudności i pokusy dnia codziennego. Jego świętość w pełni była znana tylko Bogu, a polegała na sposobie, w jakim przynosił Jezusa ludziom i ludzi Jezusowi – w zwykłym codziennym zabieganiu.

    Bez względu na stan życia, który obraliśmy, Bóg wzywa każdego z nas do świętości. Ojciec Seelos odpowiedział na to wołanie poprzez pełną zaufania służbę jako Boży kapłan swoim redemptorystowskim współbraciom i wspólnocie katolickiej. Wykonywał swoje codzienne obowiązki i akceptował swoje codzienne krzyże z pokorą i radością. Jego przykład jasno pokazuje, że świętość można osiągnąć nie tylko przez to, co świat uważa za heroiczne, lecz poprzez zwyczajną wierność obowiązkom swego stanu. Życie tego niezwykłego człowieka udowadnia ponad wszelką wątpliwość, że radość i świętość przychodzą do tych, którzy służą Bogu i bliźnim całym i ofiarnym sercem.

     Alicja von Stamwitz, o. Carl Hoegerl CSsR

    Tłumaczenie: o. Jacek Zdrzałek CSsR

     Artykuł został opublikowany w kwartalniku „Homo Dei”, nr 3/2000.

     

    Udostępnij