• Śpiewnik Redemptorystów
    Media, wydawnictwa, drukarnia
    Portal Kaznodziejski
    Kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy, Płyta CD z pieśniami do MBNP
  • Menu

    Tam, gdzie Bóg mnie chciał

    Bł. Piotr Donders, redemptorysta z Tilburga

    „Wreszcie znalazłem się tam, gdzie Bóg mnie chciał. Na nieznanej mi ziemi od samego początku poczułem się jak w domu mojego dobrego Pana”. Te słowa napisał ks. Piotr Donders do swojego przyjaciela niedługo po przybyciu w 1842 r. do Surinamu, będącego wówczas holenderską kolonią w Ameryce Południowej. Tak zrealizowało się jego pragnienie, o którym marzył od dzieciństwa, by zostać kapłanem, a potem poświęcić się pracy misyjnej wśród najuboższych. Kim był ten człowiek, nazywany „apostołem trędowatych”, o którym usłyszałem po raz pierwszy wstępując w latach 80-tych ubiegłego wieku do Zgromadzenia Redemptorystów? Co przyczyniło się do podjęcia przez niego pracy na misjach zagranicznych? Kiedy i dlaczego został redemptorystą?

    W jaki sposób został kapłanem?

    „Moim jedynym pragnieniem było zostać kapłanem i pracować dla zbawienia dusz” – napisał Piotr w swoich wspomnieniach. Ale zanim zrealizował swoje pragnienie, musiało minąć dużo czasu i trzeba było pokonać wiele trudności. Jego życie zamyka się w latach 1809-1887. Z tych 78 lat na misje w Surinamie, kraju niezwykle trudnym dla Europejczyka ze względu na tropikalny klimat, przypadło 45 lat, a z tego na służbę trędowatym lat 26. Cyfry te mówią same za siebie.

    Piotr Donders przyszedł na świat w Tilburgu w północnej Holandii w rodzinie biednych tkaczy. Nie miał łatwego dzieciństwa i młodości. Jego ojciec miał na imię Arnold, a matką była Petronila, trzecia żona Arnolda. Gdy jego tato dwa razy owdowiał i stracił dwoje dzieci z drugiego małżeństwa, za radą swojego proboszcza ożenił się po raz trzeci. Z tego małżeństwa dwa lata później urodził się jeszcze drugi syn. W ubogim domku Dondersowie mieli warsztat tkacki, który był źródłem utrzymania dla całej rodziny. Gdy Piotr miał siedem lat, zmarła jego matka. Ojciec nie mogąc sam utrzymać i wychowywać swoich synów, za sugestią proboszcza ożenił się po raz czwarty. Mimo iż warunki materialne nie sprzyjały nauce, Piotr ukończył jednak 4 klasy w szkole elementarnej. Potem jako dwunastoletni chłopak zaczął pracować przy czółnie tkackim, aby wspomóc starzejącego się ojca w utrzymaniu rodziny.

    Już od szóstego roku życia marzył o kapłaństwie, ale brak środków nie pozwalał na kontynuację nauki. Przez sześć dni ciężko pracował, a niedziele poświęcał na sprawy religijne. Lubił dużo się modlić, a także uczył katechizmu młodsze dzieci. Z czasem został nawet mianowany przez proboszcza katechetą.

    Dopiero w wieku 23 lat dzięki pomocy swojego proboszcza i za aprobatą brata i rodziców został przyjęty do niższego seminarium w Gestel, ale najpierw w charakterze służącego. W takiej sytuacji po wieloletniej przerwie rozpoczął z ogromnym trudem naukę, która trwała pięć lat.

    Gdy następnie prosił o przyjęcie do diecezjalnego seminarium duchownego, rektor ucieszył się jego nieposzlakowaną opinią, ale był zmartwiony jego wynikami naukowymi, które były przeciętne. Poradził mu więc, aby zgłosił się do jakiegoś zgromadzenia zakonnego w Belgii, gdyż w owym czasie zakony w Holandii miały zakaz przyjmowania kandydatów. Niestety nie przyjęli go ani jezuici, ani franciszkanie, ani też redemptoryści. Powrócił więc do wspomnianego rektora, który zgodził się na rozpoczęcie przez niego studiów w seminarium diecezjalnym. Piotr miał wtedy już 28 lat.

    Dlaczego udał się na misje?

    „Oto znalazłem się tutaj, w miejscu mego przeznaczenia, gdzie Pan mnie wezwał i gdzie przyprowadziła mnie Jego prawica” – pisał w liście do zaprzyjaźnionego profesora z holenderskiego seminarium.

    Już w czasie nauki w niższym seminarium Piotr fascynował się opisami pracy misyjnej, które czytał w rocznikach Kongregacji Rozkrzewiania Wiary. Od tego czasu poczuł ogromny pociąg do misji wśród pogan. Później podczas studiów zapoznał się z sytuacją religijną Surinamu, którą w realny sposób ukazał klerykom przełożony tamtejszej misji przy okazji odwiedzin seminarium. Zachęcał ich do zgłaszania się na misje. Okazało się jednak, że na wyjazd zgłosił się tylko jeden kleryk, Piotr Donders.

    Rok po otrzymaniu święceń kapłańskich ks. Piotr wyjeżdża w 1842 r. na upragnione misje do Surinamu. Była to typowa kolonia, obliczoną raczej na gospodarkę rabunkową z możliwością szybkiego wzbogacenia się i ucieczki z zarobionymi pieniędzmi do Europy. Źródłem dochodu były przede wszystkim plantacje bawełny i trzciny cukrowej. Siłę roboczą stanowili niewolnicy murzyńscy kupowani w Afryce lub urodzeni już na miejscu. Plantatorzy niechętnie patrzyli na podejmowane próby ewangelizacji tych naprawdę najbardziej opuszczonych ludzi.

    Ks. Piotr przez pierwsze 14 lat pracował w stolicy kraju Paramaribo. Przełamując różne trudności docierał regularnie do plantacji położonych wzdłuż rzek kolonii, starał się łagodzić przynajmniej częściowo tragiczną dolę niewolników, opowiadał im Dobrą Nowinę o zbawieniu i sprawował sakramenty. W swoich listach wyrażał oburzenie z powodu brutalnego traktowania ludności afrykańskiej, zmuszanej do niewolniczej pracy na plantacjach.

    Drugą grupę ludzi, do których docierał ks. Piotr, stanowili rodowici Indianie, dawni gospodarze tych rozległych terenów. Byli oni wolni, ale żyli bardzo prymitywnie, pogrążeni w pogaństwie i w dodatku słabo uchwytni w misyjnych kontaktach ze względu na nieustanne wędrówki. Rozpoczął od uczenia się ich rodzimych języków i starał się uczyć ich zasad chrześcijańskiej wiary.

    Najdłuższy okres posługi misyjnej, bo aż 26 lat, poświęcił pracy wśród trędowatych w Batawii. W nędznych barakach, urągających elementarnym zasadom higieny, mieszkało kilkuset chorych na trąd, bez lekarskiej opieki, jedynie z zapewnieniem mizernego wyżywienia. Ks. Piotr stał się dla nich dosłownie wszystkim. Z miłością troszczył się nie tylko o ich sprawy duchowe przybliżając cierpiących do Chrystusa. Kiedy nie udało mu się przekonać władz, by zabezpieczyły im właściwą opiekę, sam próbował ich leczyć. Poświęcił się całkowicie trędowatym, którzy powierzali mu swoje troski i radości, niepokoje i obawy.

     

    Jak został redemptorystą?

    Ostatnie dwadzieścia lat Piotr Donders przeżył jako redemptorysta. W 1866 r. na życzenie Stolicy Apostolskiej redemptoryści holenderscy przejęli pod swoją misyjną opiekę cały teren Surinamu. Ks. Piotr, który doświadczał samotności w pracy misyjnej, a znał już od młodości żywot i dzieła św. Alfonsa, wraz z drugim kapłanem poprosił o przyjęcie do Zgromadzenia. Obaj odbywali nowicjat pod kierunkiem wikariusza apostolskiego, biskupa Jana Swinkelsa i złożyli śluby zakonne w czerwcu 1867 roku. O. Piotr, starszy już wiekiem i wzmocniony wsparciem duchowym i pomocą współbraci, wkrótce powrócił do pracy wśród trędowatych w Batawii.

    Człowiek głębokiej wiary i wielkiej prostoty

    W ostatnich dniach swego życia o. Piotr pisał: „Jestem szczęśliwy dzięki szczególnej łasce Pana i brakuje mi tylko jednego: żyć jak prawdziwy redemptorysta i wytrwać aż do śmierci. Oby mi Pan udzielił tej łaski za wstawiennictwem Najświętszej Dziewicy i św. Alfonsa”.

    Przyglądając się duchowej sylwetce bł. Piotra Dondersa trzeba podkreślić wielką prostotę jego życia oraz cierpliwą i pokorną służbę apostolską względem najbardziej opuszczonych. W ciężkiej i wyczerpującej pracy misyjnej jaśniała jego głęboka wiara i ogromne zaufanie pokładane w Bogu. Wiara ta wyrażała się w wielorakiej posłudze człowiekowi zranionemu i potrzebującemu, ale nie mogło się obejść bez spotykania się sam na sam z umiłowanym nade wszystko Bogiem. O. Piotr długie godziny spędzał na modlitwie. Codzienne zajęcia wypełniały mu czas od świtu do zmroku, więc rezygnował przynajmniej częściowo z nocnego spoczynku, by móc w ciszy i spokoju rozmawiać z Panem. Mały kościółek w osiedlu trędowatych w Batawii, czy krzyż cmentarny były świadkami tych przedziwnych, modlitewnych rozmów misjonarza ze swoim Mistrzem. I tak przeszło całe życie tego „Bożego szaleńca”, w cichości i ukryciu, ale jakże owocnie dla ludzi i bogato przed Panem.

    W swoim testamencie napisał: „Nie mam nic, czym mógłbym rozporządzić, nic nie mam do uporządkowania, mogą mnie pochować, gdzie zechcą”. W ten sposób pośród ubogich niewolników i opuszczonych trędowatych doszedł do szczytu heroizm świętości o. Piotra.

    Jeden z towarzyszy jego pracy misyjnej w Surinamie tak podsumowuje jego profil biograficzny: „Zawsze i wszędzie podziwiany, przez wszystkich chwalony ze względu na swoje cnoty, nazywany przez swoich towarzyszy świętym Ojcem Dondersem, jest dziś słusznie wywyższony między synami duchowymi św. Alfonsa, którzy otaczają w niebie jego tron, wyśpiewując na wieki miłosierdzie Pana”.

    o. Sylwester Cabała CSsR, dyrektor domu rekolekcyjnego w Lubaszowej

    „Rodzina Odkupiciela” – biuletyn WSD Redemptorystów w Tuchowie, nr 2 (78) 2017, s. 26-29.

    Udostępnij