Arcybiskup Jerzy Ablewicz – czciciel Matki Bożej Tuchowskiej i przyjaciel redemptorystów
Znany filozof średniowiecznej Europy – mistrz Bernard z Chartres przed blisko dziewięciuset laty wypowiedział słowa o wymiarze ponadczasowym: Jesteśmy karłami, którzy wspięli się na ramiona olbrzymów. W ten sposób widzimy więcej i dalej niż oni, ale nie dlatego, że wzrok nasz jest bystrzejszy lub wzrost słuszniejszy, lecz dlatego, iż to oni dźwigają nas w górę i podnoszą o całą swą gigantyczną wysokość. Takim duchowym „olbrzymem” drugiej połowy XX wieku dla Kościoła w Polsce, a szczególnie dla naszej tarnowskiej i sądeckiej ziemi był wielki pasterz diecezji tarnowskiej abp Jerzy Ablewicz. Mimo, że od jego śmierci upłynęło ponad 30 lat, tuchowskie klęczniki pamiętają jego kolana, zakonnicy z lipowej górki wspominają jego rozmodloną, zatopioną w Bogu twarz, starsi zaś pokazują ścieżki, którymi wytrwale podążał jako pielgrzym do Domu Tuchowskiej Matki, a milenijne epitafium zawieszone w tuchowskiej bazylice ukazuje jego pogodne oblicze wpatrzone w Cudowny Obraz i już na zawsze świadczy o jego do Niej wielkiej miłości.

Kustoszami tuchowskiego sanktuarium od 1893 roku są redemptoryści. W życiu abpa Ablewicza synowie św. Alfonsa pojawili się jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Sam dał o tym świadectwo podczas jubileuszu 25-lecia swej sakry biskupiej, mówiąc: Dobry Bóg pozwalał mi w szczególny sposób spotykać się z redemptorystami. Pierwszy raz zetknąłem się z nimi w 1937 r. w czasie rekolekcji w seminarium diecezjalnym w Przemyślu. Prowadził je o. Tadeusz Grodniewski, superior domu w Mościskach. Oparł je na tekście z Apokalipsy: „Obyś był zimny albo gorący…”. Zrobił nam ojciec generalny przegląd życia. W następnym roku rekolekcje głosił o. Marian Pirożyński, kaznodzieja bardzo inteligentny i zaangażowany. Nie grzmiał tak jak o. Grodniewski, ale te rekolekcje utkwiły mi w pamięci po dzień dzisiejszy. Byli to dwaj prawdziwi redemptoryści. Gdy w 1943 r. bp Franciszek Barda wyświęcił mnie na kapłana – wspominał dalej Ablewicz – pierwszą moją placówką jako wikariusza była parafia Trzciniec, położona nieopodal Mościsk. Tam się przekonałem jak wielkiej dokonali pracy w tej okolicy redemptoryści oraz jakim autorytetem cieszył się wśród ludu o. Bernard Łubieński”.
W klasztorze redemptorystów w Mościskach młody ks. Jerzy miał swoją przystań duchową, swoją oazę. Tu odprawiał dni skupienia, spowiadał się, tu młody kapłan rozpalał się nabożeństwem do Matki Bożej Nieustającej Pomocy i utrzymywał z miejscowymi ojcami przyjacielskie kontakty, które pogłębiły się jeszcze bardziej, gdy został proboszczem w Pnikucie. W czasie swej posługi wykładowcy w przemyskim WSD przyszedł też moment jego pierwszej wizyty w Tuchowie. Oddajmy więc głos biskupowi: Mój przyjaciel ze studiów na KUL-u wyznał, że odprawił rekolekcje w Tuchowie. Rektor seminarium przemyskiego także odprawiał tam swoje rekolekcje i chwalił je sobie. Postanowiłem więc i ja pojechać do Tuchowa. Pierwszego dnia, na furcie klasztornej przyjął mnie ojciec i choć byłem w sutannie, poprosił o celebret… Pamiętam to pierwsze spotkanie z Matką Boską Tuchowską. Często trwałem przed Nią na modlitwie. Stwierdziłem, że jest to jeden z najpiękniejszych obrazów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Bóg zechce, bym często pielgrzymował do tego właśnie cudownego obrazu.
Pozwoliłem sobie nakreślić szerszy kontekst pierwszych kontaktów bpa Jerzego Ablewicza z redemptorystami, bo one wyjaśniają, dlaczego od początku swego posługiwania w diecezji tarnowskiej, biskup tak mocno związał się z Tuchowem, z sanktuarium i Tuchowską Matką. Była to po prostu kontynuacja dobrych relacji zadzierzgniętych przed laty ze wspólnotą w Mościskach. W pierwszych miesiącach bp Ablewicz często wspominał Mościska i wyrażał pragnienie, by klasztor tuchowski był dla niego taką przystanią, taką „oazą”, jaką był onegdaj klasztor w Mościskach.
Przez cały czas swego pasterzowania w diecezji nasz bohater interesował się wszystkim, co dotyczyło Zgromadzenia, udzielał święceń kapłańskich kolejnym pokoleniom redemptorystów. Interesował się też rozwojem tuchowskiego seminarium misyjnego. Ówczesny prefekt wspominał, że biskup często przychodził do seminaryjnej kaplicy oraz słuchał w skupieniu jego konferencji i homilii dla kleryków. Widocznie hierarcha wyczuł, że prefekt ma tremę głosząc coram episcopo, bowiem zwrócił się do niego: „Mów tak dalej te konferencje i homilie, stawiaj wymagania, mną się absolutnie nie przejmuj, bo ja z własnego doświadczenia wiem, że nie jest łatwo być formatorem”. Czasem też wychodził do kleryków i grał z nimi w siatkówkę. Klerycy uznali, że dobrze ścinał. Interesował się modnym wówczas Wyścigiem Pokoju, przychodził do sali wspólnej, by oglądać transmisje sportowe, np. polskie sukcesy na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio w 1964 r.

Każdego roku z klasztornej pasieki dostarczano ks. biskupowi miód. W roku 1986 po katastrofie w elektrowni atomowej w Czarnobylu, o. Stanisław Szczurek zawiózł kilka słoi osobiście, a dając je siostrze w domu biskupim powiedział: Siostro, miód jest po Czarnobylu, nich siostra nie daje go tak od razu biskupowi, ale niech najpierw wypróbuje na którym kanoniku… Siostra skwapliwie przekazała tę radę biskupowi – ileż miał z tego radości.
Bp Ablewicz był ze swymi przyjaciółmi redemptorystami również w chwilach trudnych. Celebrował, wygłaszał homilie i odprowadzał zmarłych współbraci na oddalony o 2 km cmentarz. Uczestniczył w wielu uroczystościach Zgromadzeniowych w Tuchowie, Lubaszowej czy w innych klasztorach polskich redemptorystów. Bardzo cenne były słowa, które kierował przy tych okazach do zakonników.
Świadczyły one zarówno o zrozumieniu duchowości św. Alfonsa, jak i o trosce, by redemptoryści pozostali wierni swojemu charyzmatowi w Kościele. Ci zaś też okazywali mu wdzięczność, pamiętali w modlitwach, zapraszali na imieninowe obiady połączone z akademiami w wykonaniu tuchowskich kleryków. Bp Ablewicz przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Tuchowskiej świętował z redemptorystami wspomniany już swój jubileusz 25-lecia sakry w dniu 25 listopada 1987 r. Po uroczystej kolacji klerycy wystawili na cześć dostojnego Jubilata sztukę Józefa Korzeniowskiego, pt. „Mnich”. Profesjonalnie przygotowany spektakl przeniósł widzów w prastare dzieje dramatycznego konfliktu króla Bolesława Śmiałego i św. Stanisława, ale też przekazywał aktualne przesłanie o istocie zła i grzechu, o zdradzie, ale i o bohaterstwie. Biskup Jubilat bardzo tę sztukę przeżył, kilka razy seminaryjny kronikarz sobaczył w jego oczach łzy wzruszenia, ale też padły salwy śmiechu, szczególnie po jakże znamiennych słowach aktora: „zakonnik wie tyle, ile mu przełożony wiedzieć pozwoli”.
Biskup darzył szczerą sympatią wspomnianego o. Szczurka, który miał dar rozweselania biskupiego serca. O. Szczurek miał kanarki. Kiedyś ks. biskup odwiedził go w pokoju, oglądał kanarki i słuchał, jak śpiewały. Spodobały mu się te kolorowe ptaszęta. O. Szczurek mu mówi: Niech sobie ks. biskup kupi kanarka, będzie miał urozmaicenie, bo zawsze tylko ten kos… i kos. Zrozumiał dobry biskup inteligentą aluzję do śp. ks. prałata Kazimierza Kosa i też uśmiał się serdecznie.
Jarosław Iwaszkiewicz w książce „Podróże do Włoch” opisuje wizytę w rzymskiej Bazylice Większej Matki Bożej na Esquilinie w towarzystwie rosyjskiej poetki Wiery Michajłówny Inbier: W Santa Maria Maggiore, w tej wspaniałej bocznej kaplicy, całej ozłoconej… na klęczniku widniała postać młodego człowieka, całkiem pogrążonego w modlitwie. Miał wygląd ekstatyczny. Wiera przez chwilę wpatrywała się w niego i powiedziała: Dałabym nie wiem co, za to, aby wiedzieć co dzieje się w duszy tego człowieka. Podobnie i redemptoryści często widzieli swego biskupa na klęczniku, w ławce, a nawet na zimnej kościelnej posadzce, jako pielgrzyma zatopionego w modlitwie. Co się działo w jego duszy? To była tajemnica jego biskupiego serca.
We wszystkich trudnych sytuacjach swojego pasterskiego posługiwania oddawał się modlitwie, by w niej znaleźć odpowiedzi i rozwiązania. Kto go słyszał przemawiającego, czuł wielki żar jaki bił z wypowiadanych przez niego słów. Jego wystąpienia były zawsze świetnie przygotowane teologicznie i nacechowane mocą i retoryczną swadą. Kiedyś w jednym z kazań ks. biskup mówił jak to św. Brygida, wielka szwedzka mistyczka, stanęła oko w oko z szatanem, który jej nienawidził, bo mu psuła robotę. Brygida zapytała – jakie jest twoje imię? „Chłód” – tak brzmiało niezwykłe imię ducha nieczystego. W tym kontekście jesteśmy uprawnieni, by zapytać: a jakie było imię biskupa Jerzego Ablewicza? Tym imieniem był: „ogień”, ogień miłości ku Bogu, ku Matce Najświętszej i ku człowiekowi. Ten ogień, świątobliwy pasterz rozpalał modlitwą przed wizerunkiem Matki Bożej w Tuchowie. Tu ładował swój duchowy akumulator. Klasztor tuchowski był dla niego ową ewangeliczną „izdebką”, w której się zamykał, by spotkać Pana.
W klasztornych kronikach naliczyłem ponad 400 wzmianek o pobycie ks. biskupa w naszym tuchowskim domu. Było ich zapewne więcej, bo w niektórych latach kroniki są niepełne. Jeśli jednak przyjmiemy tę umowną liczbę 400 odwiedzin, to przez 27 lat pasterzowania przeciętna wypadłaby 15 razy w roku. Przychodził do Tuchowa oficjalnie, by przewodniczyć nabożeństwom i przychodził prywatnie na miesięczny dzień skupienia, dla relaksu lub żeby w klasztornej ciszy popracować, np. napisać list pasterski do diecezjan.
W tuchowskim klasztorze miał swój pokój, który był zawsze tylko do jego dyspozycji, więc mógł przybywać do Tuchowa, ilekroć chciał. Przybywał zwykle nie zapowiedziany. Jak długo dopisywały mu siły, przychodził pieszo. Z kurii samochodem wywożono go w wyznaczone miejsce, gdzie wysiadał i przez Łękawicę, Trzemesną i Karwodrzę szedł w kierunku Tuchowa. Po przyjściu do klasztoru brał prysznic, chwilę wypoczywał i szedł do kaplicy lub do kościoła, gdzie przed cudownym obrazem spędzał długie chwile. Zawsze odprawiał też Drogę krzyżową. Wieczorem, gdy kościół był już zamknięty, szedł do kaplicy seminaryjnej i modlił się przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy, który po wygnaniu przez sowietów redemptoryści przywieźli z Mościsk. Ten obraz jakże był mu drogi, bo przecież przed nim modlił się jako młody wikariusz i proboszcz. Jakiż to musiał być widok, gdy klerycy redemptoryści spotykali swego biskupa przy zgaszonym świetle, leżącego krzyżem przed tabernakulum. W klasztorze miał też biskup swoich stałych spowiedników. Dłuższy czas był nim o. Karol Szrant, a po jego śmierci o. Jan Wojnowski i o. Fryderyk Kowalczyk.

Tuchowski pielgrzym w fioletowej piusce wstawał o 5.00 rano, odprawiał rozmyślanie. Mszę św. przeważnie celebrował o 7.00 z ojcami w sanktuarium, czasem odprawiał ją braciom klerykom. Posiłki spożywał w refektarzu razem z ojcami. Przy dobrej pogodzie wychodził do ogrodu. Zawsze z nieodłączną książką: szedł czytając, stawał i patrzył gdzieś przed siebie, po chwili znów ruszał i czytał dalej.
Biskup kochał spacery po tuchowskiej okolicy. Kiedyś w drodze do willi lubaszowskiej biskup zauważył, że w głębokim parowie „paryi” ktoś rąbie drzewo, oczywiście nielegalnie…. Zeszedł w dół i zobaczył starszego człowieka, więc mówi mu „Szczęść Boże w pracy”. A daj Boże, odpowiada mężczyzna i przygląda się uważnie wędrowcowi. Po chwili zdziwiony pyta: Biskup? tak, biskup. Ablewicz… tak Ablewicz. Mężczyzna żegna się i mówi: W imię Ojca i Syna… prędzej bym się w tej paryi diabła spodziewał niż biskupa. Bardzo to ubawiło ks. arcybiskupa, który osobiście opowiedział w klasztorze o swej leśnej przygodzie.
Jeden z nuncjuszów papieskich w Polsce w XVIII w. zdając sprawę Stolicy Apostolskiej ze swej działalności, tak pisał o Polakach: Dziwny to naród, trudno go przekonać najpewniejszymi dowodami, trzeba go po prostu porwać. Arcybiskup Jerzy Ablewicz był intelektualistą, filozofem, ale dał się „porwać”. Komu? Tej, którą św. Efrem nazwał „Panią porywającą serca”. Dał się porwać Matce Bożej Tuchowskiej. Jej Sanktuarium było dla niego miejscem, gdzie na kolanach czerpał z Serca Maryi duchową energię i to przedziwne światło, którego później udzielał w gorliwym posługiwaniu ludowi swej diecezji.
Bp Ablewicz odbył uroczysty ingres do katedry tarnowskiej w maju 1962. Natomiast swoisty „ingres” do tuchowskiego sanktuarium odbył 8 lipca tegoż roku podczas Wielkiego Odpustu. Kronikarz zanotował wówczas: „Niedziela – naprawdę niezliczone tłumy (ok. 10 tys.) stoją na dziedzińcu – głowa przy głowie – a jeszcze więcej na ulicy schodzącej od górki klasztornej na dół wśród kramów, aż do mostu na Białej, tak, że po prostu trudno się przecisnąć wśród tych tysięcy. Gdy ks. biskup wychodził z furty klasztornej, dzieci przywitały go wierszykami, przemawiali przedstawiciele poszczególnych stanów, wręczając bukiety kwiatów. Procesjonalnie z asystą przeszedł do kaplicy polowej i celebrował sumę. Grała orkiestra. Przed procesją z Najśw. Sakramentem ks. biskup wygłosił piękne, proste kazanie do tych tysięcy…”. Tak sanktuarium otworzyło nowemu Pasterzowi swoje podwoje. Od tego dnia ks. biskup wziął je pod swoją szczególną opiekę.

W tym dniu patrząc na rozmodlone rzesze wiernych ich biskup uświadomił sobie prawdziwość słów swego wielkiego poprzednika abpa Leona Wałęgi, który w 1904 r. z racji koronacji obrazu Matki Bożej Tuchowskiej w liście pasterskim pisał: Wszak to pierwszy i najsławniejszy obraz cudowny w naszej diecezji. Słusznie tedy powiedzieć można, że to pierwszorzędny tron Najświętszej Maryi Panny w naszej diecezji, a stąd naszym obowiązkiem jest, byśmy uznali w niej Królową naszej ziemi....
Odtąd bp Ablewicz szczególną troską otoczył cudowny obraz Matki Bożej Tuchowskiej. Szybkimi krokami zbliżał się rok 1966 – Millenium Chrztu Polski. W ramach przygotowań milenijnych w sanktuarium przeprowadzano generalny remont. Ks. biskup zezwolił na konserwację cudownego obrazu, której podjął się na Wawelu prof. Rudolf Kozłowski.
Uroczyste wprowadzenie odnowionego obrazu zaplanowano na dzień 23 maja 1965 r. Za zgodą biskupa cudowny obraz umieszczono w kaplicy polowej i przed nim odprawiano od rana nabożeństwa. W godzinach popołudniowych obraz procesjonalnie wniesiono do kościoła. Biskup wygłosił pełne żaru kazanie o Matce Bożej Tuchowskiej, z którego – jeśli czcigodne audytorium pozwoli – przytoczę kilka bardziej charakterystycznych myśli.
Wspomniane kazanie zawiera w pewnym sensie odpowiedź, na pytanie, Kim dla ks. biskupa Ablewicza była Matka Boża Tuchowska. Kazanie to rozpoczął cytatem ze św. Bernarda, w oryginale: Maria inter Christum et Ecclesiam constituta – Maryja między Chrystusem a Kościołem postawiona, Omni die dic Mariae. Każdego dnia chwal Maryję. Każdego dnia oddawaj Jej cześć. Te słowa są hasłem czcicieli Matki Najświętszej. Każdego dnia trzeba nam Ją wielbić. Ale są dni, gdy w szczególniejszy sposób rozbrzmiewa chwała Bożej Rodzicielki. Taki dzień przeżywa dziś Tuchów. Dzisiaj bowiem do czcigodnej świątyni tuchowskiej wraca Matka Najświętsza. Wraca w swoim odnowionym wizerunku… Biskup mówił dalej: Patrzymy dzisiaj z rozrzewnieniem na ten cudny, prześliczny obraz Matki Bożej Tuchowskiej. Wiecie dobrze, że dom stoi matką… Dom Kościoła stoi i stać będzie Matką Maryją… Kościół szuka pociechy w ramionach Matki i znajduje ją. Dowodem na to Tuchów. Ten Obraz Tuchowski posiada charakter milenijny. Co to znaczy? On się nadaje, by przed nim obchodzić Tysiąclecie Chrztu Polski.
Zdanie to ówczesny kustosz odczytał jako wyraźne życzenie ks. biskupa, by sanktuarium tuchowskie włączyło się w obchody milenijne. Ks. biskup zaaprobował pomysł, by w 1966 r. przedłużyć odpust o jeden dzień – do 10 lipca, wypadała wtedy niedziela. Na ten szczególny odpustowy Dzień Milenijny zaproszenie przyjął Metropolita krakowski abp Karol Wojtyła. Postanowiono, że na ten dzień Cudowny obraz będzie wyniesiony z kościoła do kaplicy polowej. Kronikarz napisał: I dobrze się stało, bo w tym dniu ponad wszelkie oczekiwanie tłumy wiernych napłynęły do Tuchowa. Cudowny obraz przeniesiono do kaplicy już w sobotę 9 lipca. Potem była noc czuwania, Maryjna Pasterka. Wreszcie przyszły następca św. Piotra celebrował pontyfikalną sumę. Kazanie wygłosił ks. inf. Lesiak, na koniec przemówił też krótko Metropolita. Był wyraźnie zaskoczony tak liczną frekwencją w Tuchowie. Kronikarz zanotował, że tak jak ludzie wypełnili plac kościelny, tak później duchowieństwo klasztorny refektarz…
W 1972 r. na 10-lecie sakry biskupiej redemptoryści ofiarowali swemu pasterzowi kopię obrazu Matki Bożej Tuchowskiej pędzla warszawskiej artystki Ludwiki Beyerlein-Jarochy. Wizerunek ten ks. biskup umieścił w swoim pokoju. Tarnowska edycja Gościa Niedzielnego z 17 kwietnia 2011 r. na swych łamach zamieściła zdjęcie pokoju, w którym w 1987 r. mieszkał Ojciec św. Jan Paweł II podczas pamiętnej wizyty w Tarnowie. Na ścianie papieskiego pokoju widoczna jest ta właśnie kopia cudownego obrazu Matki Bożej Tuchowskiej. Redemptoryści ofiarowali zresztą biskupowi drugą kopię tuchowskiego wizerunku, a ten przekazał ją do tarnowskiej księżówki w Kościelisku dla domu „Pod krzyżem”, by wypoczywający w niej kapłani mogli się wpatrywać w Jej matczyne oblicze.
Cześć do Matki Bożej Tuchowskiej ze strony pasterza diecezji uratowała też poniekąd ideę i praktykę Wielkiego Odpustu. Soborowa reforma kalendarza liturgicznego z 1969, przeniosła święto Nawiedzenia NMP z 2 lipca na dzień 31 maja. Pojawił się więc poważny problem z terminem Odpustu Tuchowskiego, od zawsze związanego z początkiem lipca. Ks. biskup odważnie podjął decyzję o ustanowieniu w dniu 2 lipca Święta Matki Bożej Tuchowskiej dla całej diecezji tarnowskiej. Biskup postarał się, aby nowe święto zostało zatwierdzone w Rzymie i wprowadzone do Kalendarza Diecezji oficjalnie 16 października 1973 r. Lipcowy termin wielkiego odpustu tuchowskiego został uratowany.

Abp Ablewicz uczynił zresztą z odpustu tuchowskiego szczególną ambonę diecezji, z której wielokrotnie przekazywał diecezjanom pasterskie przesłania. Aby zapewnić przybywającym na odpust pielgrzymom solidny pokarm duchowy, zalecił wprowadzić coroczny temat wiodący każdego odpustu. Pierwszy raz hasło odpustowe wprowadzono w 1973 r. Brzmiało ono w wtedy – Z Maryją spieszmy na pomoc zagrożonemu bratu. Tak pozostało do dziś… warto pamiętać o tej biskupiej inspiracji.
W okresie jego rządów diecezją wydatnie ożywił się też ruch pielgrzymkowy do sanktuarium. Mówi o tym zestawienie liczby zorganizowanych pielgrzymek: 1962 – 32, 1970 – 102, 1976 – 192, 1984 – 357, 1989 – 456.
W 1968 r. diecezja tarnowska przygotowywała się do Peregrynacji Obrazu MB Częstochowskiej w symbolu świecy i Ewangelii. Przed rozpoczęciem peregrynacji każda parafia miała odbyć pielgrzymkę do Tuchowa lub innego pobliskiego sanktuarium. W Tuchowie zapanował tłok niezwykły. Dla usprawnienia wyznaczono czwartki jako dzień pielgrzymkowy dla parafii wiejskich, a niedziele dla parafii miejskich. Opracowano specjalny program tego parafialnego pielgrzymowania. Po przybyciu do sanktuarium pielgrzymi mieli czas na spowiedź, o godz. 11 była suma z kazaniem, potem Droga krzyżowa i akademia urządzana zwykle przez tuchowskich seminarzystów.
Po zakończeniu peregrynacji 7 października 1970 r. biskup Ablewicz w obecności ok. 600 kapłanów i licznie zgromadzonych wiernych, zawiesił przed obrazem Matki Bożej Tuchowskiej pozłacane srebrne wotum od diecezji tarnowskiej jako wyraz wdzięczności za peregrynację. Na medalionie umieszczono napis: „Matce Bożej za łaskę nawiedzenia wdzięczna diecezja tarnowska 15 XII 1968 – 8 III 1970”. Wotum to wisi przed obrazem po dziś dzień.

Od 1969 r. bp Ablewicz wprowadził tradycję dziękczynnej pielgrzymki tarnowskich neoprezbiterów, którzy przed cudownym obrazem Pani Ziemi Tarnowskiej co roku celebrują swoje sanktuaryjne prymicje. Dwa lata później, w 1971 r. bp wprowadził praktykę dorocznej pielgrzymki do Tuchowa całej wspólnoty tarnowskiego seminarium. WSD w Tarnowie świętowało wówczas jubileusz 150-lecia swego istnienia. Z tej okazji pasterz diecezji przybył do Tuchowa wraz z formatorami, profesorami i alumnami; zawierzył wówczas tarnowskie seminarium Matce Bożej Tuchowskiej oraz złożył przyrzeczenie: Przyrzekamy Ci, że każdego roku będziemy przybywać do Ciebie, Matko Boża Tuchowska, aby dziękować za obfite owoce Twojego nawiedzenia i błagać o nie z ufnością..
. Odtąd seminarium tarnowskie corocznie pielgrzymuje do Tuchowa w pierwszych dniach października.
Kim w życiu ks. arcybiskupa Jerzego Ablewicza była Matka Boża Tuchowska – mówi dobitnie jego ostatnia pielgrzymka do Tuchowa. Opisał ją jakże sugestywnie ks. Stanisław Budzik, dziś arcybiskup metropolita lubelski, a podówczas seminaryjny wykładowca. 7 listopada 1989 r. kapelan ks. infułat Władysław Kostrzewa powiadomił ks. Stanisława, że arcybiskup pragnie, aby go zawieść do Tuchowa. Ks. arcybiskup był już bardzo ciężko chory, następnego dnia miał jechać do Konstancina na poważną operację. W przeddzień jednak postanowił zawierzyć się raz jeszcze Matce Bożej. Droga do Tuchowa wypełniona była modlitwą. W sanktuarium ks. arcybiskup przystąpił do sakramentu pokuty u jednego z ojców, a potem odprawił Mszę św. przed cudownym obrazem. Zwykle, gdy celebrował w Tuchowie otaczały go tłumy, teraz zaś kościół był pusty. Tylko on i Matka Boża. To co powiedział Maryi i co od niej usłyszał pozostanie tajemnicą. Jednak doznał ukojenia. Tę ostatnią Mszę św. w Tuchowie odprawił z wielką żarliwością. Potem po raz ostatni pożegnał się ze swymi przyjaciółmi w czarnych habitach, opasanych różańcem, dziękował im za wszystko i prosił o modlitwę. Tak wymownie opisał tę ostatnią wizytę wiernego tuchowskiego pielgrzyma i wielkiego czciciela Tuchowskiej Pani dzisiejszy metropolita lubelski.
Czy może więc dziwić fakt, iż od chwili odejścia do domu Ojca tego wielkiego przyjaciela Tuchowskiego Sanktuarium i Klasztoru, w umiłowanym przez niego kościele, dziś papieskiej bazylice, przed tak drogim mu Wizerunkiem zasłuchanej Madonny z różą w kolorze nadziei, wznosi się ku niebu serdeczna modlitwa za niego „duchowego Olbrzyma” Kościoła oraz naszej tarnowskiej i sądeckiej ziemi, modlitwa za abpa Jerzego Ablewicza, który zdaje się jakby wciąż dźwigał i podnosił na swych mężnych barkach o całą swą gigantyczną wielkość nas samych, z naszą narodową i chrześcijańską tożsamością, z wiarą ojców i umiłowaniem Tej, co Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej Świeci Bramie i od pięciu wieków odbiera cześć na lipowym wzgórzu w Tuchowie.
o. dr Maciej Sadowski CSsR, Kraków



















