• Rekolekcje i wypoczynek – CADR i Scala W górach i nad morzem
    Portal Kaznodziejski
    Rok Świętego Klemensa Hofbauera, Jubileusz 200-lecia śmierci
    Charyzmat i duchowość
  • Menu

    Cztery spotkania z o. Henrykiem Smólskim CSsR, misjonarzem w Argentynie i Brazylii

    W styczniu 2020 r. swoje 90 urodziny obchodził o. Henryk Smólski CSsR, wieloletni misjonarz, najpierw w Argentynie, a obecnie w Brazylii. Zamieszczamy wspomnienie o. Franciszka Micka CSsR z Brazyli o wspólnych misyjnych drogachi i spełnionym życiu redemptorysty.

    * * *

    O. Henryk Smólski urodził się w Rypinie 17 stycznia 1930 r. Jego rodzice Józef i Stanisława wychowali sześcioro dzieci – trzech synów i trzy córki.

    Dzieciństwo i wczesny wiek młodzieńczy Henryka, podobnie jak całego jego pokolenia w Polsce, były naznaczone katastrofalną sytuacją drugiej wojny światowej (1939-1945). Pomorze zostało wcielone bezpośrednio do Rzeszy Niemieckiej, zaś Polaków zaczęto traktować z całym hitlerowskim rygorem. Według ideologii hitlerowskiej, Polacy, jako niższa rasa, nie mieli się uczyć; wystarczyło, żeby nauczyli się rachować do pięciuset oraz opanowali język niemiecki, aby wypełniać ich rozkazy.

    Henryk rozpoczął naukę w szkole podstawowej przed wojną, ale nie ukończył jej, gdyż mając kilkanaście lat, musiał już wykonywać niewolniczą pracę dla „Wielkiej Rzeszy”. Minęło szereg lat bez możliwości uczęszczania do szkoły. Dopiero po wojnie mógł dokończyć szkołę podstawową i zacząć klasy gimnazjalne. W całej tej tragicznej sytuacji wojennej i nowego porządku komunistycznego po wojnie w sercu Henryka kiełkowało powołanie kapłańskie.

    Zaraz po wojnie, w roku 1946, redemptoryści po wieloletniej przerwie zdołali otworzyć juwenat (niższe seminarium) w Toruniu, w okrojonym przez komunistów gmachu seminaryjnym. Mieszkający w niedalekim Rypinie Henryk dowiedział się o tym i w roku 1948 zgłosił się i został przyjęty do juwenatu, by kontynuować naukę, przygotowując się do wymarzonego kapłaństwa.

    Nasze wspólne wspomnienia będą miały szereg etapów. Będę mówił nie o sporadycznych kontaktach, ale o spotkaniach na dłuższy okres – o byciu razem oraz współpracy w działalności misyjnej.

    Pierwsze nasze spotkanie

    Pierwszy raz spotkałem się z Henrykiem w Toruniu we wrześniu 1949 r., kiedy to również ja wstąpiłem do juwenatu. Na początku roku szkolnego było nas 120 juwenistów. Henryk, liczący wtedy 19 lat, uczył się (jak to wówczas mówiono) w dziesiątej klasie, a ja, jako czternastolatek, zaczynałem ósmą klasę. Żaden z nas nie przewidywał wtedy, że na naszych drogach życiowych wiele razy się spotkamy i to w sytuacjach bardzo znamiennych.

    W roku 1950 Henryk wstąpił do nowicjatu w Braniewie, w roku następnym złożył śluby zakonne, dokończył szkołę średnią, złożył maturę oraz kontynuował studia filozoficzne i teologiczne w Tuchowie. Ja w międzyczasie miałem nieco okrężną drogę do kapłaństwa – poprzez pracę w urzędzie państwowym, służbę wojskową, wreszcie nowicjat i studia seminaryjne w Tuchowie. Nasze drogi życiowe rozeszły się na wiele lat.

    O. Henryk po zakończeniu studiów teologicznych prowadził pracę duszpasterską w okolicach Głogowa, w miejscowości Serby, gdzie dźwigał z ruin zburzony podczas wojny kościół i budował Kościół – wspólnotę wiernych pochodzących z kresów i z całej powojennej Polski.

    W roku 1961 o. Henryk wyjechał na misje do Argentyny wraz z ojcami Prończukiem i Saganowskim, aby wzmocnić polską misję w Argentynie, która przez dwadzieścia lat nie mogła otrzymać wsparcia z Polski. Nauczył się języka hiszpańskiego i zaangażował się z entuzjazmem w pracę duszpasterską.

    Drugie nasze spotkanie

    Ja natomiast po dwóch latach pracy kapłańskiej w Polsce, w styczniu 1966 r. również otrzymałem paszport na wyjazd do Argentyny i dnia 6 marca stanąłem na nowym lądzie w Buenos Aires. Po kilku tygodniach przeznaczonych na intensywną naukę języka hiszpańskiego zostałem skierowany na pierwszą placówkę w mieście Charata, gdzie duszpasterzem parafialnym był o. Henryk Smólski. W ten sposób po wielu latach nasze drogi życiowe znów się połączyły.

    Miasto Charata, liczące około 10 tys. mieszkańców, to pierwsza placówka polskich redemptorystów w Argentynie, założona w roku 1938. Do parafii należało kilka dzielnic miejskich i kilkanaście wiosek rozrzuconych po ogromnym terytorium.

    Przełożonym wspólnoty był o. Tadeusz Mitera, który wnet po moim przyjeździe pojechał do Polski na swój pierwszy urlop po bez mała trzydziestu latach pracy w Argentynie. Zostaliśmy obydwaj z o. Henrykiem, który wdrażał mnie w początkową pracę duszpasterską.

    Oprócz pracy ściśle kapłańskiej, o. Henryk miał wiele innych zajęć administracyjnych. Kończył budowę wieży pięknego kościoła wybudowanego przez redemptorystów, zawiadywał gospodarstwem, jakie Zgromadzenie posiadało (darowizna osadnika polskiego). Oddalone ono było około 20 km, które trzeba było przemierzyć piaszczystą (lub błotnistą) drogą. Tam w miesiącach zbioru jechał prawie codziennie furgonetką po worki zebranej bawełny, by ją odstawić do fabryki. Przy okazji brał na gospodarstwo worki chleba i inne artykuły żywnościowe dla dziesiątków sezonowych pracowników. Towarzyszyłem mu, żeby poznać „nowy świat”. Z nim również poznawałem kaplice na wioskach. On mnie nauczył prowadzić samochód i wiele innych praktycznych spraw w nowym środowisku.

    Spędziliśmy razem zaledwie jeden rok (1966), bo w kolejnym zostałem przeniesiony na nową placówkę do odległego o około 800 km San Pedro. Spotykaliśmy się tylko na zebraniach wiceprowincji w mieście Resistencia.

    Trzecie, bardzo szczególne spotkanie

    Nasze misyjne drogi znów się zbliżyły w roku 1972, gdy redemptoryści z wiceprowincji argentyńskiej objęli parafię „za miedzą”, w brazylijskim mieście Diomsio Cerqueira, w bezpośrednim sąsiedztwie z miasteczkiem Bernardo de Irigiyen w Argentynie, gdzie ja mieszkałem od szeregu lat, prowadząc duszpasterstwo w mieście i w około dwudziestu wioskach na przestrzeni 120 km, wzdłuż granicy z Brazylią.

    Z o. Henrykiem dzieliła nas granica, ale odległość między naszymi domami była niewielka (mniej niż 1 km). Ponieważ granica była wówczas otwarta, dlatego codziennie mogliśmy się spotykać z nim i z o. Janem Skowrońskim, który był jego wikariuszem. Tak utworzyliśmy szczególną międzynarodową wspólnotę zakonną.

    Miasto Diomsio Cerqueira liczyło około 8 tys. mieszkańców, a do parafii należało kilkanaście wiosek. Obok miasta, w którym pracował o. Henryk, jest inne, bliźniacze miasto Barracao, należące już do innego stanu brazylijskiego, z parafią należącą do innej diecezji. Granica obydwu miast brazylijskich przebiega wzdłuż ulicy: jedna strona ulicy należy do miasta Diomsio, a druga do Barracao.

    Ponieważ wszystkie trzy parafie były połączone bezpośrednim sąsiedztwem, powstała myśl, żeby niektóre nabożeństwa w ważne uroczystości kościelne odprawiać wspólnie. O. Henryk z entuzjazmem animował swoich parafian, a ja swoich. Dlatego uroczystości te gromadziły kilka tysięcy wiernych żyjących w dobrosąsiedzkiej atmosferze.

    Na Boże Narodzenie urządzaliśmy przez kilka lat wspólne jasełka na przejściu granicznym. Przygotowywane one były dużo wcześniej. Było jasno określone, czyi w danym roku
    będą pasterze, aniołowie, Józef, Maryja i żywe Dzieciątko (i inne w zapasie, gdyby to bardzo płakało), skąd będą Trzej Królowie, skąd będzie osioł i wół, kto będzie miał słowo wiążące, kto będzie czytał Ewangelię w czasie jasełek. Pasterze przygotowywali w dali ognisko, mieli przynajmniej kilka owiec. To im objawiał się anioł, zwiastując narodzenie Pana Jezusa. Po jasełkach, które przeplatane były kolędami po hiszpańsku i po portugalsku, odbywała się pasterka odprawiana przez trzech księży tuż obok żywej szopki.

    W Wielki Piątek była każdego roku wspólna droga krzyżowa. Rozpoczynała się ona przy kościółku w Argentynie. Pierwsze cztery stacje, inscenizowane przez młodzież argentyńską, miały miejsce w Bernardo de Irigoyen, a następne, inscenizowane przez młodzież brazylijską, w Diomsio Cerqueira (pięć stacji) i w Barracao (kolejne pięć stacji). Droga krzyżowa trwała ponad dwie godziny. Uczestniczyło w niej około dwóch tysięcy wiernych. Bardzo dużo osób z Brazylii miało zwyczaj uczestniczyć w drodze krzyżowej boso, co po kamienistych i wyboistych ulicach było prawdziwą pokutą. Takie drogi krzyżowe odprawialiśmy przez szereg lat.

    Inną tradycyjną uroczystością obchodzoną wspólnie każdego roku było Boże Ciało z procesją eucharystyczną dla wszystkich trzech parafii. Jeden ołtarz był przygotowany w Argentynie, drugi na samym przejściu granicznym, trzeci i czwarty w parafiach po stronie brazylijskiej.

    Były to dobre czasy, kiedy granica nie była strzeżona z całym rygorem, jak to jest aktualnie. Obecnie na miejscu, gdzie urządzaliśmy jasełka, wybudowane jest przejście graniczne z budynkami z obydwu stron.

    Z przybyciem polskich ojców dosąsiedniej parafii moja sytuacja „samotnika” (oddalonego od współbraci w San Pedro o 80 km kiepskiej drogi) uległa ogromnej zmianie. Mieszkałem wprawdzie nadal u siebie, ale na obiady i przy wielu innych okazjach szedłem do Brazylii.

    Polscy redemptoryści przypadli do gustu Brazylijczykom, dlatego też dokonali oni wielu dzieł wiekopomnych. O. Henryk wybudował klasztorek siostrom, które sprowadził do parafii. Potem wybudował kościół, plebanię, obszerny, piętrowy dom katechetyczny, nie licząc innych mniejszych obiektów (kaplic, salek katechetycznych itd.) na wioskach. Ponieważ sytuacja ekonomiczna w Brazylii była o wiele lepsza, ojcowie pomagali też materialnie wiceprowincji argentyńskiej, między innymi przyczynili się do nabycia dużej działki budowlanej pod seminarium w La Plata.

    Według zwyczaju, w każdą ostatnią niedzielę miesiąca jechaliśmy wieczorem do San Pedro na spotkanie wszystkich redemptorystów z rozległej okolicy. Jechaliśmy też dwa razy do roku na wspólne wiceprowincjalne spotkania w Resistencji (ponad 700 km). O. Smólski zawoził współbraciom argentyńskim kawę i cukier brazylijski, które były bardzo cenionym podarunkiem.

    Wraz z moim przejściem do misji w Bahia w kwietniu 1976 r. mój bliski kontakt z o. Henrykiem został przerwany na szereg lat. Tylko sporadycznie, w czasie wakacji, jadąc z Bahia autobusem około 3000 km, miałem okazję do spotkania, a o. Henryk dwa razy przyjechał do Bom Jesus da Lapa, aby pomóc w obsłudze pielgrzymów w sanktuarium Dobrego Jezusa.

    Praca redemptorystów w tej brazylijskiej parafii trwała trzynaście lat, do 1985 roku. Po odejściu naszych ojców z Bernardo de Irigoyen i objęciu placówki przez księży argentyńskich placówka brazylijska nie miała też racji bytu, tym bardziej, że zawsze istniała bariera językowa utrudniająca zmiany personalne.

    O. Henryk wrócił wówczas do Argentyny, ale już się nie zaadaptował i łatwiej było mu posługiwać się językiem portugalskim niż hiszpańskim, dlatego w roku 1988 przeszedł do naszej brazylijskiej Wiceprowincji Bahia.

    Czwarte spotkanie

    O. Henryk po dwóch latach pracy w sanktuarium, na prośbę o. biskupa Czesława Stanuli, oddawał się pracy duszpasterskiej w diecezji Floresta przez ponad dwa lata, obsługując między innymi parafię Custódia, która od dłuższego czasu była bez kapłana.

    W roku 1993 o. Henryk powrócił do Bom Jesus da Lapa i z oddaniem posługiwał w sanktuarium Dobrego Jezusa, będąc zaradnym, praktycznym i pełnym poświęcenia ekonomem.

    W roku 2008 o. Henryk obchodził uroczyście złoty jubileusz kapłaństwa – najpierw w Polsce, wraz ze swoimi współbraćmi jubilatami wyświęconymi razem z nim 6 kwietnia 1958 r., zaś po powrocie z urlopu, świętował jubileusz w różnych miejscach swojej posługi duszpasterskiej, między innymi w Diomsio Cerqueira, gdzie w swoim czasie z oddaniem służył tamtejszej parafii, zasługując na wdzięczną pamięć całej społeczności. Przy okazji, że już był bliżej Argentyny, odwiedził również niektóre wspólnoty zakonne Wiceprowincji, spotykając się ze współbraćmi, znajomymi i przyjaciółmi z dawnych lat. Obchodził też jubileusz w parafii Custódia, w diecezji o. bpa Stanuli, gdzie zostawił również wielu przyjaciół i wdzięczną pamięć.

    Od roku 2010, kiedy to obchodził osiemdziesiąte urodziny, pojawiały się u niego okresy amnezji. Pomoc lekarska nie odnosiła pozytywnych skutków, a nawet lekarstwa szkodziły jego zdrowiu fizycznemu, dlatego było wskazane, żeby ich nie używać.

    Proces utraty pamięci pogłębiał się i od około siedmiu lat o. Henryk potrzebuje stałej opieki, zagwarantowanej mu przez wspólnotę zakonną z obecnością zawodowych pielęgniarek w ciągu dnia i opiekuna, pracownika sanktuaryjnego, w ciągu nocy. O. Henryk cieszył się zawsze dobrym zdrowiem fizycznym, ale ostatnio odczuwa trudności w chodzeniu.

    Rodzina (bratankowie, siostrzeńcy) w Polsce i w Stanach Zjednoczonych zawsze utrzymywała kontakt korespondencyjny z o. Henrykiem, pisząc listy czy przysyłając kartki świąteczne… Ponieważ już od wielu lat o. Henryk nie jest zdolny do osobistego kontaktowania się korespondencyjnie z rodziną, nasza wspólnota czyni to w jego imieniu.

    Okazją do napisania tych wspomnień były obchody jego 90. rocznicy urodzin dnia 17 stycznia br. Ponieważ o. Henryk już nie może opowiedzieć o swojej pięknej pracy misyjnej w Polsce, w Argentynie i w Brazylii, dlatego pragnę podzielić się z czytelnikami wspomnieniami o naszych spotkaniach i współpracy misyjnej. Inną okazją do napisania artykułu była również siedemdziesiąta rocznica naszego pierwszego spotkania w juwenacie w Toruniu (1949-2019).

    Od wielu lat o. Henryk jako misjonarz redemptorysta w służbie obfitego Odkupienia dźwiga swój krzyż amnezji i innych dolegliwości w zjednoczeniu z Krzyżem Jezusa Chrystusa!

    o. Franciszek Micek CSsR, Brazylia, Bom Jesus da Lapa

    Udostępnij