• Portal Kaznodziejski
    Rekolekcje i wypoczynek – CADR i Scala W górach i nad morzem
    150-lecie ogłoszenia św. Alfonsa Liguori doktorem Kościoła
    Charyzmat i duchowość
  • Menu

    Nasz Dziennik: Sił dodaje nam wiara

    Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela 24-25.10.2020 r.

    ROZMOWA z o. Łukaszem Baranem CSsR, kapelanem w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym na warszawskiej Woli.

    Ojcze, jak wygląda praca w szpitalu zakaźnym podczas już tak długiego czasu trwania pandemii?

    – Przez czas trwania pandemii personel medyczny zdobył bardzo cenne doświadczenie z chorymi na Covid-19. Od początku tej trudnej sytuacji nie zmieniło się jednak zaangażowanie i ofiarność jaką obserwuję wśród pracowników mojego szpitala zakaźnego. Nikt tutaj nie szuka odpoczynku podczas dyżuru, z pełnym profesjonalizmem i odpowiedzialnością pracownicy podchodzą do każdego pacjenta. To samo zaangażowanie można zaobserwować u pielęgniarek, opiekunów medycznych, lekarzy. Dosłownie u całego personelu.

    Personel medyczny przyzwyczaili się do nowej sytuacji?

    – Trudno jest się przyzwyczaić do tego co trudne. Personel medyczny jednak nauczył się jak radzić sobie w nowych okolicznościach. To co na początku było nowe jak choćby praca w specjalnych strojach ochronnych nadal nie jest łatwa, jednak każdy pracujący w szpitalu już wie jak go założyć, jak zdjąć i jak się w nim poruszać. Nawet po swojej pracy kapelana wiem, że z większą łatwością przychodzi mi odnalezienie się w tych wszystkich procedurach bezpieczeństwa niż było to jeszcze w marcu. To jednak dodatkowo męczy. Gdy popatrzymy na pielęgniarki kończącą pracę, na ślady na twarzy po zdjętej masce ochronnej i na rękach po całym dniu w rękawicach to wtedy widać jak bardzo to wyczerpuje.

    Personel jest wyczerpany fizycznie?

    – Zmęczenie personelu jest naprawdę duże. Sytuacja jest wymagająca i przez to wyczerpująca, ponieważ większość łóżek jest zajętych. Gdy słyszymy informację w mediach o ośmiuset zakażonych, a później o tysiącu, kilku tysiącach i w końcu jak teraz dziesięciu tysiącach to dla nas tylko duże liczby, a dla pracowników szpitala to zajęte prawie wszystkie łóżka na oddziale. Gdy ktoś wychodzi zdrowy do domu, jego łóżko jest wolne krótki czas, zanim na oddział nie trafi nowy pacjent. Cały czas jest praca. Dla pielęgniarek, opiekunów medycznych, salowych to nieustanna praca fizyczna przy chorych w różnym stanie. Walczymy z wrogiem, którego nie widać i nie wiemy jak długo to jeszcze potrwa. To także nie dodaje sił.

    Obserwuje Ojciec także zmęczenie duchowe?

    – To bardzo dobrze widać w kaplicy. Gdy kończy się jedna zmiana i zaczyna druga do kaplicy zaglądają pielęgniarki, które wsparcia i otuchy szukają w Bogu. Ich zmęczenie widać także po tym, że  czasem już nie mają siły na modlitwę, ale i wtedy zajdą choć na znak krzyża by nim zacząć lub zakończyć pracę. Także w niedzielę rano, gdy odprawiam Mszę św. dla tych co kończą zmianę widzę w nich fizyczne wyczerpanie. Potrzeba im wsparcia, które daje wiara, przychodzą po nie.

    Jak można wesprzeć personel?

    – Wsparciem na pewno byłoby zastąpić ich na kilka dni. Pozwolić im odpocząć i w domach nabrać sił. Tu po prostu wszystkie godziny dyżuru to czas na pełnych obrotach. Nie wiem jak jest w innych szpitalach, ale myślę, że w wielu miejscach gdzie leczy się zarażonych na koronawirusa cenna jest każda pomoc wolontaryjna. Dodatkowe ręce do pracy to odciążenie tych co od miesięcy troszczą się o naszych chorych.

    A wśród pacjentów?

    – Covid-19 jest przyczyną strachu i niepewności. Hospitalizacji towarzyszy także samotność, która te lęki jeszcze podsyca. W czasie pandemii w sposób szczególny widzę, że kapelan posłany jest w szpitalu do wszystkich. Także do niewierzących lub tych którzy, są daleko od Kościoła. Być może te osoby w innych warunkach przyjście kapłana potraktowali by z lekceważeniem teraz chętniej wchodzą w rozmowę i po prostu w ludzką, życzliwą relację z duchownym. Rozmowy są rozmaite, od tych wprost ukierunkowanych na Boga po te wydawałoby się prozaiczne. W jednej z sal podczas obchodu dwaj pacjenci powiedzieli, że najbardziej przez ostatnie dwa tygodnie izolacji brakuje im… kawy. Jeszcze tego samego dnia przez pielęgniarkę przekazałem im paczkę kawy. Dawno nie widziałem takiej radości i wdzięczności z czegoś co wydaje nam się takie codzienne. Co więcej kiedy kolejny raz przychodziłem do nich to w sali zawsze unosił się przyjemny zapach kawy. Ten czas to także taka ewangelizacja przez dobre uczynki i budowanie ludzkich relacji, które otwierają serca. Także przez małe gesty.

    Czy pacjenci proszą o sakramenty?

    – Proszą i nie mam wątpliwości że one realnie pomagają im przetrwać chorobę, samotność i trudną też dla nich hospitalizację. Do chorych przychodzę trzy razy w tygodniu oraz na każde wezwanie jeśli jest taka potrzeba. Choć muszę przyznać że w ostatnich dniach zdarza się mi być w szpitalu nawet codziennie. W pracy duszpasterskiej ogromną pomocą jest personel medyczny, zwłaszcza  pielęgniarki, które informują pacjentów o posłudze kapelana w szpitalu.

    Nie wszyscy zapewne oczekują Najświętszego Sakramentu?

    – Nie wszyscy, ale rzadko spotykam się z niechęcią. Jedna z pacjentek choć nie przyjmowała sakramentów to zawsze chwilę ze mną rozmawiała i wiem, że nie było to dla niej obojętne, że przychodził do niej właśnie kapłan. Gdy wychodziła ze szpitala podziękowała, że nigdy nie mijałem jej łóżka obojętnie i wyznała, że moje wizyty dodawały otuchy i że towarzyszyła mi „dobra energia”. Ona powiedziała to jak umiała, ale nie mam wątpliwości że tu chodziło o realną obecność Chrystusa eucharystycznego ukrytego w cyborium które noszę. Bóg przez różne znaki i wydarzenia prowadzi ku sobie ludzkie serca.

    Nawet drobne gesty mają znaczenie?

    – Poza pracą w szpitalu jestem także katechetą. Uczniowie młodszych klas z mojej szkoły podstawowej gdzie uczę, podczas zajęć na świetlicy przygotowali laurki z życzeniami powrotu do zdrowia dla pacjentów przebywających w szpitalu. Gdy rozdawałem je na oddziałach towarzyszyło temu wielkie wzruszenie. Zwłaszcza starsi pacjenci, którzy mają już wnuki mieli łzy w oczach. Fakt, że ich los nie jest obojętny dla dzieci był dla nich bardzo ważny. Bez ciepłych ludzkich relacji bardzo trudno przetrwać czas choroby, hospitalizacji czy po prostu pandemii.

    Dziękuję za rozmowę

    Krzysztof Gajkowski

    Udostępnij