6 sierpnia: 80. rocznica rozstrzelania 30 redemptorystów w czasie Rzezi Woli
6 sierpnia 1944 r. trzydziestu redemptorystów zostało zamordowanych w ramach wyniszczania przez oddziały hitlerowskie ludności cywilnej stolicy po wybuchu Powstania Warszawskiego. Zginęli wszyscy zakonnicy przebywający wówczas w klasztorze przy ul. Karolkowej: 15 ojców, 9 braci koadiutorów, 5 kleryków, 1 nowicjusz.
W 80 rocznicę ich męczeńskiej śmierci, wraz z innymi 50 tys. mieszkańcami Woli, w kościele św. Klemensa Hofbauera przy ul. Karolkowej 49 w Warszawie, zostanie odprawiona o godz. 18.30 Msza św., której przewodniczył będzie metropolita warszawski, ks. kard. Kazimierz Nycz. Po Mszy św. obędą się uroczystości rocznicowe na Placu Męczenników Warszawskiej Woli (przed kościołem). Zapraszamy do modlitwy.

W pierwszych dniach powstania w klasztorze przy ulicy Karolkowej został utworzony punkt powstańczy. Ojcowie przenieśli się do piwnic, udzielając pomocy i schronienia okolicznym mieszkańcom. W dniu 5 sierpnia oddziały powstańców były zmuszone wycofać się w kierunku Starego Miasta.
Nad ranem 6 sierpnia Niemcy otoczyli klasztor i wszystkie osoby w nim przebywające przeprowadzili pod eskortą karabinów do kościoła św. Wojciecha przy ul. Wolskiej, w którym był urządzony obóz przejściowy. Tam redemptoryści zostali oddzieleni od grupy. Następnie wyprowadzono ich na teren pobliskiej fabryki Kirchmayera i Marczewskiego. Tam zostali zabici strzałami w tył głowy.
W dalszej kolejności Niemcy przeprowadzili egzekucję ludności cywilnej. Według szacunków historyków, w pierwszym tygodniu sierpnia hitlerowcy wymordowali ok. 50 tys. mieszkańców Woli, realizując rozkaz eksterminacji całej ludności powstańczej Warszawy.
WIECEJ: O. Józef Palewski CSsR bohaterem książki „Święci 1944. Będziesz miłował”
Tragiczne wydarzenie sprzed 80 lat zostało upamiętnione kilka lat temu pomnikiem, który stanął w miejscu egzekucji, naprzeciw kościoła św. Wojciecha.
Pomnik ma wysokości 2,5 metra i wyobraża habit zakonny redemptorysty (czarny granit) wtopiony w biały krzyż. Na pomniku umieszczono napis: „Pamięci 30 zakonników redemptorystów i około 2 tysięcy mieszkańców Woli zamordowanych przez Niemców w fabryce Kirchmayera i Marczewskiego w dniu 6 sierpnia 1944 roku. Pozostali wierni Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie”. Dalej następują nazwiska zamordowanych zakonników. Pomnik zaprojektował p. Marek Moderau.
Inicjatorem pomysłu postawienia pomnika byli mieszkańcy parafii św. Klemensa, świadkowie tamtych tragicznych wydarzeń. Pamiętają oni pomoc, jaką redemptoryści świadczyli miejscowej ludności. Ojcowie do końca pozostali z ludźmi, spowiadali, odprawiali Msze św., wydawali skromne posiłki, dawali schronienie przerażonym parafianom i mieszkańcom Woli w piwnicach klasztornych i w pomieszczeniach pod kościołem.
Spodziewali się, że po wkroczeniu Niemców do klasztoru czeka ich śmierć, mieli propozycje ucieczki do Śródmieścia, a jednak wytrwali do końca na posterunku.
red.
* * *
Redemptoryści – męczennicy Warszawskiej Woli – o. Paweł Mazanka CSsR
W czasie Powstania Warszawskiego 6 sierpnia 1944 roku zostało rozstrzelanych przez Niemców 30 redemptorystów z klasztoru przy ul. Karolkowej 49 na Woli. Byli to redemptoryści, którzy w tym czasie przebywali na terenie klasztoru: 15 ojców, 9 braci zakonnych, 5 kleryków i 1 kleryk nowicjusz. Oto ich sylwetki.
O. Józef Kania, przełożony klasztoru na Karolkowej w latach okupacji
Urodził się w 1885 r. w Klikowej, obecnie dzielnica Tarnowa. Rozpoczął naukę w tarnowskim gimnazjum, a dokończył ją w juwenacie (niższe seminarium duchowne) redemptorystów w Tuchowie. Po ukończeniu nowicjatu w 1902 r. w Mościskach (leżących obecnie na terenie Ukrainy) złożył śluby zakonne. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1907 r. w Maksymówce na Ukrainie, gdzie do roku 1921 mieściło się seminarium, które potem przeniesiono do Tuchowa. Początkowo pracował jako lektor (wykładowca) w seminarium redemptorystów.
Od 1918 roku przebywał w „hospicjum” (klasztorze tymczasowym) w Lublinie, gdzie objął funkcję rektora. W 1930 r. został przełożonym warszawskiego klasztoru na Karolkowej, a także budowniczym kościoła św. Klemensa, szczególnie troszczył się o powstanie nowych organów. Obok pełnienia tych ważnych funkcji i zadań, głosił misje i rekolekcje. Mimo dosyć słabego zdrowia przeprowadził je aż 422. W młodości leczył się na gruźlicę i dolegliwości żołądkowe. Potem wywiązała się cukrzyca, która przekreśliła jego plany udania się na misje do Argentyny. Do trudnej choroby serca dołączyły się koszmarne przeżycia wojenne, bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 r., okupacja niemiecka i wreszcie wybuch Powstania Warszawskiego.
Jak zapamiętali go współbracia? O. Jan Igielski w swoich wojennych wspomnieniach pisze: „Do klasztoru wciąż docierały smutne wieści z miasta, dotyczące nowych aresztowań i masowych rozstrzeliwań na ulicach. Mimo to w całym domu panował optymizm. Ojciec rektor Józef Kania, od lat chorujący na cukrzycę, czuł się coraz lepiej. Wracał mu humor i nadzieja na lepszą, powojenną przyszłość. Podjął się nawet wygłoszenia wszystkich kazań pasyjnych w naszym kościele i włączał się w niedzielną pracę kaznodziejską”.
Odznaczał się sumiennością, wiele od siebie wymagał. W kierowaniu podwładnymi i w przestrzeganiu reguły zakonnej wykazywał się, jak twierdzą niektórzy, nadmierną gorliwością. O. Jan Piekarski, który przebywał na Karolkowej w czasie okupacji jako kleryk, wspominał, że w niektórych swoich decyzjach o. Kania był „trochę ciasny”. Jeszcze w lipcu 1944 r., gdy sytuacja w stolicy stawała się coraz bardziej napięta, niektórzy współbracia chcieli, aby klerycy wyjechali z Warszawy, unikając w ten sposób grożącego niebezpieczeństwa. I tak przecież nie odprawiali Mszy św., nie spowiadali, nie byli więc niezbędni do funkcjonowania klasztoru i kościoła. Natomiast o. rektor Kania mówił: „Nigdzie nie będziemy uciekać, bo najbezpieczniej jest w naszych klasztornych piwnicach”. Powoływał się na doświadczenia z września 1939 r., kiedy to w piwnicach wszyscy zakonnicy szczęśliwie przeżyli bombardowanie miasta, natomiast wielu ludzi zginęło właśnie podczas ucieczki. W tym świetle można zrozumieć jego postawę. Potwierdza to również jego wolę, aby redemptoryści pozostali razem z zagrożonymi mieszkańcami dzielnicy.
Po wybuchu Powstania wypadki potoczyły się dosyć szybko. Już o świcie w niedzielę 6 sierpnia Niemcy otoczyli klasztor. Po wyprowadzeniu zakonników, wyprowadzili ich na ul. Wolską. Ojcowie zostali zatrzymani naprzeciwko kościoła św. Wojciecha. O. Józef Kania musiał patrzeć na męczeńską śmierć całej wspólnoty, gdyż został zastrzelony jako ostatni, a następnie spalony wraz ze swymi współbraćmi. Zginął mając lat 59.
Br. Jozafat (Franciszek Bednarz)
Urodził się w 1866 r. w Bratkowicach, w diecezji przemyskiej. Śluby zakonne złożył w 1896 r. Pracował w różnych klasztorach, m.in. w Mościskach i w Krakowie, przeważnie jako krawiec. W 1926 r. przeniesiono go do Warszawy. Przez długie lata obsługiwał chorego o. Bernarda Łubieńskiego. W ostatnich latach życia prawie całkowicie ogłuchł. Jako dobry krawiec do końca służył braciom, chociażby poprzez naprawianie bielizny.
O. Jan Igielski tak go wspomina: „Musiał mieć dobrą pamięć, bo na ostatnie imieniny o. rektora, na św. Józefa, wygłosił długi wiersz o Panu Jezusie i św. Piotrze. Wiersz traktował obrazowo o zmarnowanej łasce, którą dał nam Bóg: „Szedł pewnego razu Pan Jezus z Apostołami przez pustynię. Na piasku leżała podkowa. Pan Jezus mówi do Piotra: podnieś ją, może się komu przyda. Ale Piotrowi nie chciało się schylić i poszedł dalej. Pan Jezus zatem sam pochylił się i wziął podkowę. Idą dalej, jest gorąco, chce się im pić. Napotykają kuźnię, ale kowal siedzi bezczynnie, brakło mu bowiem żelaza na podkowę. Pan Jezus sprzedaje mu znalezioną podkowę, a za otrzymane pieniądze kupuje winogrona. Idą dalej. Pan Jezus na przodzie, Piotr za Nim. Chciałby zjeść winogrona, ale Pan Jezus mu nie daje. Co jakiś czas opuszcza po jednym gronie na ziemię, a wtedy Piotr szybko schyla się po nie i zjada. Gdy już tak wszystkie grona Pan Jezus porzucił na ziemię, a Piotr podniósł i zjadł, Pan Jezus stanął i rzekł do Piotra: Widzisz Piotrze, nie chciałeś się raz schylić po podkowę, to musiałeś się tyle razy schylać. Tak jest z ludzkim życiem”. Br. Jozafat zginął mając lat 78.
O. Józef Palewski
Urodził się w 1867 r. w Starej Wsi koło Limanowej. Wójt gminy Stara Wieś tak wspomina rodzinę Pałków: „Jego rodzice gospodarzyli na 15 morgach kamienistej ziemi. Czytać ani pisać nie umieli. Ojciec ożenił się mając 18 lat, tj. w roku 1848, w tym czasie, gdy została zniesiona pańszczyzna i nastąpiło uwłaszczenie. Wychowywali 6 synów i tyle samo córek. Wszystkie ich dzieci uczęszczały do szkoły ludowej w Limanowej”.
Józef Pałka wstąpił do seminarium duchownego w Tarnowie i tam w 1890 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Jako wikariusz pracował w Bochni, a następnie przy tarnowskiej katedrze. W tym czasie zmienił swoje nazwisko na Palewski. Po dwóch latach kapłaństwa wstąpił do redemptorystów. Po odbyciu nowicjatu w Eggenburgu k. Wiednia złożył śluby zakonne i powrócił do ojczyzny. W latach 1893-1907 był dyrektorem juwenatu, a w okresie 1901-1904 rektorem w Tuchowie. W 1904 r. doprowadził do koronacji cudownego obrazu Matki Bożej Tuchowskiej. Zaczął również wydawać czasopismo „Chorągiew Maryi”, którego przez długie lata był redaktorem. W 1908 roku rząd rosyjski zezwolił na prowadzenie misji świętych na Syberii. Ojciec Palewski brał w nich udział jako członek domu w Mościskach, razem z o. Nuckowskim z Krakowa i o. Bohosiewiczem z Warszawy. Rozumiejąc potrzebę apostolstwa piórem, przetłumaczył na język polski kilka dzieł św. Alfonsa Marii de Liguori, między innymi: „Nawiedzenia Najświętszego Sakramentu”. Szczególnie bogaty jest jego dorobek jako tłumacza z języka włoskiego na polski dzieł ascetycznych. Pozostawił także w rękopisie życiorysy o. Łubieńskiego, o. Witkowskiego i o. Bohosiewicza.
Pod koniec I wojny światowej został przeniesiony do Warszawy, aby szukać tam możliwości założenia nowego klasztoru redemptorystów. Po krótkim pobycie w Warszawie, przebywał w następujących klasztorach: w Mościskach (1918-1921), Tuchowie (1921-1923), Kościanie (1923-1924), Warszawie (1924-1929), Mościskach (1929-1934) i Zamościu (1934). Do klasztoru na Karolkowej w Warszawie przyjechał już na stałe w roku 1934. Sprawował tu m.in. urząd ekonoma, wyjeżdżając bardzo często na misje parafialne. Od początku swojej posługi kapłańskiej miał kłopoty z gardłem, nie posiadał więc zbyt silnego głosu. Heroicznie przełamywał jednak nie tylko choroby gardła, ale i dolegliwości żołądkowe. W podeszłym wieku jadł bardzo mało, zupełnie rezygnując z mięsa.
W 1940 roku obchodzono na Karolkowej jubileusz 50-lecia jego kapłaństwa. Został on jednak przysłonięty działaniami wojennymi, które bardzo boleśnie przeżywał. Z okazji jubileuszu zrobiono pamiątkowe zdjęcie całej wspólnoty zakonnej, jak się później okazało, było to jedno z ostatnich zdjęć tejże wspólnoty.
O. Palewski bardzo się przyczynił się do powstania Wiceprowincji (1894 r.), a potem Prowincji Polskiej Redemptorystów (1909 r.). Nie spodziewał się zapewne, że wysiłek całego swojego kapłańsko-zakonnego życia przypieczętuje męczeńską śmiercią. O. Jan Igielski tak go wspomina: „Barwną postacią warszawskiego klasztoru był też 77-letni o. Józef Palewski, który, nie chcąc poddać się starości, w równym stopniu walczył o utrzymanie autorytetu moralnego, jak i kondycji fizycznej. Prawie codziennie ćwiczył swe mięśnie… mieląc zboże w młynku, znajdującym się na strychu. Narzekał też na to, że pomija się go przy wyznaczaniu kaznodziejów, a on tak bardzo rwał się do głoszenia kazań. Nie było wtedy głośników, więc ograniczano o. Palewskiego ze względu na skargi wiernych, że go nie słyszą”.
Był najstarszy spośród rozstrzelanych ojców – miał 77 lat. Z całej warszawskiej wspólnoty tylko brat Jozafat był starszy od niego o jeden rok.
O. Rafał Raczko
Urodził się w 1868 r. w Kielcach i w tamtejszym seminarium przyjął w 1891 r. święcenia kapłańskie. Pracował m.in. jako wikariusz w katedrze kieleckiej (1906-1908) i kierował wtedy dwiema budowami: kaplicy św. Barbary na Karczówce i kościoła św. Krzyża w Kielcach, w którym został później proboszczem. Jeszcze jako kleryk zapoznał się z redemptorystami, gdy o. Łubieński przeprowadzał rekolekcje w kieleckim seminarium. Wpływ o. Bernarda, jak również rekolekcje odprawione kolejno u redemptorystów w Krakowie i w Mościskach umacniały w nim postanowienie wstąpienia do tego zgromadzenia.
Mimo początkowego sprzeciwu biskupa ordynariusza A. Łosińskiego (+1935 r.), spowodowanego brakiem dostatecznej liczby kapłanów w diecezji kieleckiej, ks. Raczko rozpoczął w Mościskach nowicjat i w 1914 r. złożył śluby zakonne. Następnie pracował w Tuchowie. Posiadał wspaniały dar wymowy, wykorzystywał go udając się na misje i rekolekcje, które prowadził niemal we wszystkich zakątkach kraju. Współbracia podziwiali w nim heroiczne posłuszeństwo, pokorę i częste adoracje Najświętszego Sakramentu.
W Warszawie przebywał od 1936 roku. W czasie wojny nie mógł często wyjeżdżać na prace misyjne, co bardzo przeżywał, bowiem misje i rekolekcje były jego głównym zajęciem. Dwie ostatnie misje, jakie przypadły mu w udziale, przeprowadził w parafiach, w których kiedyś był proboszczem. Była to misja w kościele św. Krzyża w Kielcach oraz misja w Nawarzycach. Sprawiły mu one wielką radość. Zginął w wieku 76 lat.
O. Edmund Górski
Urodził się w 1875 r. w Miechowie, w diecezji kieleckiej. Czując powołanie do stanu duchownego, zgłosił się do seminarium duchownego w Warszawie, gdyż w latach 1892-1897 seminarium kieleckie było zamknięte przez władze rosyjskie, a część profesorów została wywieziona w głąb Rosji.
W 1898 r. otrzymał święcenia kapłańskie i jako wikariusz pracował w Kazimierzy Wielkiej, Sosnowcu oraz przy kieleckiej katedrze. W 1909 roku otrzymał probostwo w Skale i został mianowany dziekanem. Dwa lata później powołano go na stanowisko ojca duchownego kleryków.
Po zetknięciu się z redemptorystami, którzy wraz z o. Bernardem Łubieńskim w 1906 roku prowadzili misje w Kielcach, zaczął odczuwać pragnienie wstąpienia do tego zgromadzenia. Z początku na przeszkodzie do zrealizowania tego celu stanął brak zgody ze strony biskupa i rodziny. Gdy wreszcie otrzymał biskupie pozwolenie, wstąpił do nowicjatu i złożył śluby wieczyste w 1914 r., tuż przed wybuchem I wojny światowej. Cały rok 1915 przebywał w Maksymówce k. Lwowa, a znając dobrze język rosyjski, służył klasztorowi ogromną pomocą w czasie okupacji kraju przez wojska carskie. Następne lata spędził w Mościskach i tam rozpoczął wybitną działalność misyjną. W 1918 r. wyjechał do Warszawy, gdzie w latach 1920-1926 sprawował urząd rektora, bardzo przyczynił się do powstania placówki na Karolkowej, a szczególnie do budowy klasztoru.
Przez pewien czas był także przełożonym w Toruniu, a potem w Lublinie. Wreszcie w okresie 1934-1939 ponownie kierował klasztorem warszawskim. Moment wybuchu II wojny światowej zastał go w Tuchowie, gdzie pełnił funkcję rektora i przełożonego seminarium. Trudności związane ze stacjonowaniem Niemców w klasztorze zmusiły go do rezygnacji z piastowanych urzędów. Niedługo potem udał się do Warszawy i pozostał tam do kwietnia 1942 r. Przez jakiś czas przebywał w Lublinie, pracując przy kościele św. Jozafata. Rok później powrócił do Warszawy, gdzie zaczęła się jego droga krzyżowa. Opuściły go siły fizyczne i duchowe. Nie mógł już odprawiać Mszy św., stawał się milczący i smutny. W czasie bombardowań okolic klasztoru nie chronił się z innymi zakonnikami w piwnicach, pozostawał w pokoju, obojętny na to, co działo się na zewnątrz.
O. Jan Igielski, który mieszkał z nim w warszawskim klasztorze podczas tego okresu pisze: „Niemcy zaczęli przegrywać na wschodzie. Wracał nam humor i nadzieja co do powojennej przyszłości. Tylko o. Górski, dobry misjonarz i mówca, wieloletni rektor, budowniczy klasztoru przy Karolkowej, który, jak sam mówił, całe życie nie wiedział, co to choroba, całkowicie uwiądł, jak kwiat na mrozie. Przygnębiony, wycofany, bez chęci do życia, zamykał się w pokoju, z nikim nie chciał rozmawiać ani jeść, ani odprawiać Mszy św. Czynił to tylko z posłuszeństwa, z nakazu prefekta chorych, którym był o. Doliński”.
W pamięci współbraci pozostał jako przełożony o dobrym sercu. Był dobrym mówcą, często więc zapraszano go na rekolekcje dla kapłanów, kleryków i sióstr zakonnych.
Nie wiemy dokładnie, jakie były jego ostatnie chwile. Po kilku dniach walk powstańczych ciężko chorego o. Edmunda przeniesiono dla bezpieczeństwa do pomieszczeń piwnicznych. Owego tragicznego poranka, 6 sierpnia, nie wyszedł wraz z innymi z klasztoru. Jego spalone zwłoki znaleziono po kilku miesiącach w piwnicy klasztoru.
O. Igielski wspomina: „Cała ta piwnica była zupełnie wypalona, pozostał tylko stos osmolonych naczyń, pudełek i żelazne łóżko. Zauważyliśmy tam zwęglone ciało człowieka. Nie mogliśmy go rozpoznać. Czyżby to był on? Całkowicie zwęglone nogi rozsypały się w proch, tylko czaszka, tułów i ręce, mimo że zupełnie spalone, jakoś się zachowały. O. Sochacki rozpoznał o. Górskiego po sztucznej szczęce. Jego zwłoki leżały obok łóżka. Widocznie żołdacy, którzy przeszukiwali piwnice, ściągnęli go, a że nie mógł iść, zastrzelili na miejscu i podpalili”. Niektórzy ojcowie mówili, że prawdopodobnie Niemcy oblali o. Górskiego benzyną, gdy jeszcze leżał w łóżku. Ratując się, próbował z niego zejść, dlatego jego spalone zwłoki leżały na ziemi.
Pochowano go na cmentarzu wolskim razem ze szczątkami współbraci zamordowanych 6 sierpnia. Przeżył 69 lat.
Br. Akwin (Feliks Duda)
Urodził się w 1878 r. w Siemiechowie, w diecezji tarnowskiej. W roku 1897 zgłosił się do zgromadzenia, jako kandydat na brata zakonnego. Śluby wieczyste złożył w 1903 r. Przez wiele lat pracował z wielkim zamiłowaniem jako kucharz. W 1914 r., będąc już zakonnikiem, został powołany do wojska i jako znawca sztuki kulinarnej, pracował w kuchniach szpitalnych i wojskowych. W odrodzonej Polsce przydzielono go do Pierwszego Batalionu Akademików w Krakowie. Prowadził kuchnię oficerską w koszarach Sobieskiego. Dopiero w marcu 1919 roku uzyskał zwolnienie z tej służby.
W klasztorze zaczęły go trapić choroby skórne i zła przemiana materii. Z tego powodu musiał zaniechać pracy w kuchni. Jego system nerwowy uległ nadwyrężeniu, wzrosła pobudliwość. Dzielnie jednak pokonywał trudności oraz kłopoty zdrowotne, poświęcając swoje siły na wykonywanie poleconych mu zajęć i spraw. Nauczył się grać na organach, chętnie wyręczał organistę, kiedy zaistniała taka potrzeba. Ostatnie 15 lat spędził w Warszawie przy ul. Karolkowej. Zginął mając lat 65.
O. Henryk Kotyński
Urodził się w 1880 r. w Wysokiem Mazowieckiem, pod zaborem rosyjskim. Ukończył farmację i pracował jako aptekarz. Czując jednak powołanie do kapłaństwa, zrezygnował z tego dobrze opłacanego zawodu i wstąpił do seminarium duchownego w Lublinie. Tam też został wyświęcony na kapłana w 1909 r. Przez krótki czas pracował w tym mieście jako kapelan szpitala. Zgłosił się do Zgromadzenia Redemptorystów i w 1912 r. złożył śluby zakonne.
Wybuch pierwszej wojny światowej zastał go w Mościskach k. Przemyśla. Niebawem wraz z innymi współbraćmi został wywieziony przez Rosjan do Lwowa, gdzie pracował przez cztery miesiące.
Od 1927 r. przebywał w Warszawie. Na misjach nie mógł wiele pracować, ponieważ ciągle zapadał na gruźlicę. Jako zakonnik odznaczał się wyjątkowym nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu. Często wstępował do kaplicy i tam, gorliwie klęcząc, odmawiał brewiarz. W sposób szczególny, z wielką miłością opiekował się chorymi współbraćmi, a fachowa znajomość leków ułatwiała mu to zadanie.
O. J. Igielski po latach wspominał go następująco: „O. Kotyński, dawny aptekarz, znany był z rygoru i dokładności, jak również ze znajomości przepisów liturgicznych. Dużo przebywał w kaplicy, gdzie codziennie krótko obchodził Drogę Krzyżową i odmawiał brewiarz, zawsze przy tym klęcząc. Wśród ludzi posiadał opinię ostrego i dokładnego spowiednika, a mimo to zawsze miał penitentów, którzy długo czekali w kolejce do spowiedzi. Prawie codziennie siedział w konfesjonale od rana do godziny jedenastej. Ludzie przyjeżdżali do niego nawet z daleka, aby odbyć spowiedź z całego życia”.
Jego pracowite życie, wypełnione cierpieniami fizycznymi i duchowymi, przerwała męczeńska śmierć. Wraz z o. Dolińskim i o. Górskim został zastrzelony na terenie klasztoru przy ul. Karolkowej. Przeżył 64 lata.
O. Tadeusz Doliński
Urodził się w 1880 r. w Nockowej, w diecezji tarnowskiej. Pierwsze nauki pobierał u ojców jezuitów w Chyrowie koło Przemyśla. Po ukończeniu gimnazjum we Lwowie zapisał się na Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Niebawem przeniósł się na Wydział Filozofii we Lwowie. Te częste zmiany środowiska i kierunku studiów były oznaką wewnętrznych napięć. O. Doliński od wczesnej młodości był dosyć wrażliwy i empatyczny, co w późniejszych latach kapłańskiego życia utrudniało mu pracę, szczególnie w konfesjonale. Na Uniwersytecie Lwowskim nie czuł się najlepiej, udał się zatem do Tarnowa i poprosił biskupa o przyjęcie go do tamtejszego seminarium. Przeżywając ciągłe niepokoje, spędził w nim zaledwie pół roku. Za poradą ojca duchownego postanowił wstąpić do redemptorystów. Rozpoczął nowicjat w 1904 r. i po dwunastu miesiącach złożył śluby zakonne. Uznano mu poprzednie studia filozoficzno-teologiczne, dlatego już w 1907 r. otrzymał święcenia kapłańskie.
Po wybuchu I wojny światowej został wysłany z Tuchowa do klasztoru w Innsbrucku, gdzie pracował w szpitalach wojskowych i opiekował się żołnierzami pochodzącymi z Polski. Organizował pomoc dla uchodźców z Galicji, udzielał się też duszpastersko. W styczniu 1915 r. został aresztowany przez policję austriacką, gdyż podejrzewano go o szpiegostwo. Po trzech tygodniach sprawa została wyjaśniona i zakonnik odzyskał wolność.
Od 1933 roku o. Tadeusz stał się członkiem warszawskiej wspólnoty na Karolkowej. Dzięki znacznemu majątkowi, odziedziczonemu w spadku po rodzicach, przyczynił się do rozbudowy tego klasztoru. Cierpiał fizycznie z powodu reumatyzmu. Umiał wczuwać się w ból innych i z prawdziwie ojcowską miłością spieszył im z pomocą jako opiekun chorych lub często przebywających w klasztorze na Karolkowej gości. Zasłużył się jako dobry kaznodzieja.
Owego dramatycznego poranka 6 sierpnia, o. Doliński wraz z o. Kotyńskim zostali w klasztorze, aby pilnować chorego o. Górskiego. Wszyscy trzej zostali zastrzeleni i spaleni tego samego dnia na terenie klasztoru i ogrodu redemptorystów. Przeżył 64 lata.
O. Franciszek Majgier
Urodził się w 1881 r. w Strzelczyskach, parafia Mościska, w diecezji przemyskiej (dziś Ukraina). Gimnazjum rozpoczął w Przemyślu, ale gdy otwarto juwenat w Mościskach, zgłosił się tam i został przyjęty jako pierwszy uczeń. Nowicjat odbył w Eggenburgu pod Wiedniem, gdzie w 1899 r. złożył śluby zakonne. Studia seminaryjne odbywał w pobliskim Mautern i tam w 1906 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Po powrocie do kraju przez pewien czas był wykładowcą w juwenacie. Nie miał silnego głosu, a mimo to często wyjeżdżał na misje parafialne i bardzo sobie tę pracę cenił.
Po wybuchu I wojny światowej odwiózł braci nowicjuszy do Wiednia, a sam pracował w Linzu, opiekując się uchodźcami z Galicji i żołnierzami w szpitalach wojskowych. W 1939 r. mieszkał w klasztorze w Zamościu, gdzie pełnił obowiązki ekonoma. Na tych wschodnich terenach zaczęły się trudne czasy z powodu nasilających się napadów nacjonalistów ukraińskich. Dwóch młodych ojców: Jan Jakubowski (lat 29) oraz Wincenty Wójtowicz (lat 31), gdy udawali się na misje do Horyszowa Polskiego k. Zamościa, zostali aresztowani przez Niemców. W fałszywe oskarżenie ojców podobno zamieszani byli nacjonaliści ukraińscy. Współbracia próbowali interweniować u okupanta, niestety bez powodzenia. Ojcowie zostali rozstrzelani 8 lipca 1940 r. w zamojskiej Rotundzie.
Stopniowo członkowie domu w Zamościu opuszczali klasztor udając się do względnie bezpieczniejszych domów w Polsce. Dlatego w Zamościu po 1942 r. redemptorystów już nie było, a o. Majgier przybył do Warszawy. Z jego życia zachowało się niewiele szczegółów. Jak sam mawiał, nie wierzył w obiektywizm kronikarzy zakonnych i obiecywał, że sam spisze swój bogaty życiorys. Nie przypuszczał jednak, że okupant hitlerowski przerwie jego pogodne życie głosiciela Chrystusowej Ewangelii. Wychowankowie z juwenatu podkreślali radosną cechę jego usposobienia. Umiał zauważyć smutek na twarzy młodego seminarzysty. Podchodził wtedy do zafrasowanego studenta i podając tabakierkę radził, aby pozbywać się wszelkiego smutku i zniechęcenia. Został rozstrzelany w wieku 63 lat.
Br. Filip (Józef Poniewierski)
Urodził się w 1888 r. w Pacanowie, w diecezji kieleckiej. Idąc w ślady swego ojca, obrał zawód szewca. Monotonia pracy w zakładzie szewskim dawała mu się we znaki, zaczął myśleć o powołaniu do życia bardziej oddanego Bogu.
Przypadkowo wpadła mu do rąk książeczka z Nowenną do Matki Bożej Nieustającej Pomocy i krótkim życiorysem św. Alfonsa Liguori. Właśnie do Matki Bożej i św. Alfonsa zaczął się modlić z prośbą o rozpoznanie swojej drogi życiowej. Gdy zwrócił się o radę do spowiednika, ten oświadczył mu, że niebawem udaje się do Galicji, gdzie w zaborze austriackim zgromadzenia mają trochę większą swobodę i możliwości rozwoju. Obiecał pospieszyć mu z pomocą. Po pewnym czasie wspomniany spowiednik przysłał mu list z propozycją udania się do Tuchowa.
Józef Poniewierski przybył tam pod koniec 1905 roku i zdziwił się mile, że w Tuchowie jest klasztor Zgromadzenia Redemptorystów, które założył właśnie św. Alfons, a szczególną patronką zakonu jest Matka Boża Nieustającej Pomocy, do której modlił się kilka miesięcy wcześniej. W sierpniu 1906 r. rozpoczął nowicjat, a 4 lata później, 2 sierpnia 1910 złożył śluby wieczyste.
Gdy wybuchła I wojna światowa, przebywał w Mościskach, skąd został wysłany do Červenki, w prowincji czeskiej. Pozostał tam do października 1915 r.
Choć z zawodu był szewcem, to jednak w klasztorach, pracował przeważnie jako ogrodnik. Szczególnie zasłużył się przy urządzaniu ogrodu w Krakowie i Tuchowie. Wykazał dużo pomysłowości w rozplanowaniu ogrodowego terenu. Swoją posługę w Warszawie pełnił od roku 1930. W jego życiu były okresy, kiedy bardzo ofiarnie i z wielkim zaangażowaniem spełniał obowiązki furtiana, co w wielkich miastach było szczególnie trudne. Przeżył 55 lat.
O. Leonard Sanikowski
Urodził się w 1891 r. w wiosce Horodyszyce k. Kijowa. Szkołę średnią rozpoczął w łuckim gimnazjum. W 1906 roku zetknął się z redemptorystami, którzy po nieszczęśliwej dla Rosji wojnie z Japonią mogli przeprowadzić na tych terenach misje święte. Młody Leonard zapragnął wstąpić do zgromadzenia z nadzieją, że kiedyś będzie mógł apostołować wśród swoich rodaków na Wołyniu.
Nauki humanistyczne uzupełnił w juwenacie w Tuchowie. Po roku nowicjatu złożył śluby zakonne w 1912 r. Działania wojenne zmuszały go wraz z innymi klerykami do ciągłych zmian miejsca pobytu. W ten sposób niższe święcenia otrzymał w Mościskach, a w 1918 r. we Lwowie przyjął święcenia kapłańskie.
Upokarzała go pewna wada wymowy, która nie pozwalała mu osiągnąć renomy wybitnego kaznodziei. Tym bardziej pokochał wszelkie inne nakładane nań obowiązki, podkreślając przy każdej okazji wielkie przywiązanie do zgromadzenia. Ze szczególnym heroizmem poświęcał swój czas jako opiekun kościoła i „męczennik konfesjonału”. Współbracia nazywali go w dobrym znaczeniu „Panieneczką”, gdyż Matki Najświętszej nie nazywał inaczej, jak tylko takim tytułem – „Najświętsza Panieneczka”. Był bardzo dobrym człowiekiem i oddanym zgromadzeniu zakonnikiem.
Niestety nie doczekał spełnienia swoich marzeń, aby być duszpasterzem na swoim ukochanym Wołyniu. Został zamordowany w wieku 52 lat.
Br. Korneliusz (Ludwik Roman)
Urodził się w 1897 r. w Kołkówce k. Tuchowa. W młodzieńczych latach nauczył się krawiectwa. W lutym 1920 r. został powołany do wojska. Podczas działań wojennych dostał się do niewoli bolszewickiej, ale zdołał uciec. Swoją służbę zakończył ponad rok później, otrzymując stopień kaprala.
Po zwolnieniu z wojska zaczął zastanawiać się nad swoim dalszym losem. Opatrzność Boża zrządziła, że czuwając przy ciężko chorym krewnym, miał okazję porozmawiać z jedną z sióstr służebniczek, która opowiadała mu o różnych zakonach. Szczególną uwagę zwróciła jednak na redemptorystów. Pożyczyła mu również broszurkę o powołaniu zakonnym.
Pod wpływem tych wydarzeń w 1922 r. zgłosił się do Tuchowa na postulanta. W juwenacie (niższym seminarium) pracował jako opiekun chorych. Odbył nowicjat i w 1924 r. złożył śluby czasowe, a sześć lat później oddał się Bogu poprzez śluby wieczyste.
Przez pewien czas pełnił obowiązki krawca, ale przeniesiony do Torunia odbył kurs pielęgniarstwa. Jako fachowiec w tym zakresie i opiekun apteki miał wielkie zasługi wśród chorujących juwenistów i zasłużył sobie u nich na ogromny szacunek oraz zaufanie. Wszyscy podziwiali w nim wrodzony takt i wysoką kulturę osobistą.
Od 1942 r. pracował w Warszawie jako zakrystianin. Słynął z zamiłowania do czystości i porządku, czego dowodem była zawsze zadbana zakrystia. Został rozstrzelany w wieku 47 lat.
Br. Rafał (Stanisław Krzywiński)
Urodził się w 1905 r. w Gogołowie, w diecezji przemyskiej. Na rozbudzenie powołania do życia zakonnego wpłynęła jego rodzona siostra, która będąc zakonnicą pracowała w Ameryce Północnej i często wysyłała do niego listy.
Jak sam napisał w swoim życiorysie, w młodości żywił pewną niechęć do życia zakonnego. Pod wpływem rad i napomnień siostry w końcu podjął decyzję o zgłoszeniu się do zgromadzenia. Jego matka, początkowo pragnąc zatrzymać go przy sobie, również nie była skłonna zgodzić się na jego wstąpienie do klasztoru. Ostatecznie nawet ona poradziła mu, aby zgłosił się do klasztoru w Tuchowie, gdyż właśnie tam udawali się co roku całą rodziną z pielgrzymką.
Kiedy tuchowscy ojcowie skierowali go do prowincjała rezydującego w Krakowie, udał się tam bezzwłocznie… pieszo!
Z życiem zakonnym zapoznawał się podczas postulatu i nowicjatu w Toruniu. Tam w 1934 r. złożył śluby czasowe. Śluby wieczyste miał złożyć 2 lutego 1940. Wybuch wojny we wrześniu pokrzyżował plany i br. Rafał złożył śluby wieczyste wraz z br. Bogumiłem już 4 września 1939. Przeniesiony później do Warszawy, z wielkim zamiłowaniem pracował jako ogrodnik. Posiadał rozwinięty w dużym stopniu zmysł estetyczny, dzięki któremu upiększał ogrody klasztorów, w których mieszkał, nie uchylając się przy tym od wielu innych zajęć, jakie zlecali mu przełożeni. Został rozstrzelany w wieku 39 lat.
Br. Bogumił (Stanisław Kolak)
Urodził się w 1905 r. w Luszowicach, w diecezji tarnowskiej. Był synem biednego rolnika. Do 19 roku życia przebywał w domu rodzinnym, a potem najmował się do służby u bogatych gospodarzy. Powołany do wojska służył w Czortkowie (dzisiejsza Ukraina), w szeregach straży granicznej. Po zakończeniu służby wojskowej przez 13 miesięcy pracował u sióstr albertynek w Tarnowie. Obserwując ich zakonny styl życia, sam zapragnął służyć Bogu w podobny sposób. Idąc za radą sióstr, poprosił o przyjęcie do zgromadzenia redemptorystów w 1932 r. W Toruniu odbył postulat oraz nowicjat i w 1933 r. złożył śluby czasowe.
Zaraz po wybuchu wojny, kiedy ludzie panicznie uciekali przed Niemcami, brat Bogumił 4 września 1939 r. złożył śluby wieczyste w kaplicy urządzonej w schronie budynku gospodarczego obok toruńskiego klasztoru. Odbyły się one bez żadnych uroczystości zewnętrznych.
Początkowo przebywał w Krakowie, a później przeniesiono go do Warszawy. W obu miastach pełnił funkcję kucharza. W Warszawie z wielkim zamiłowaniem pracował również jako ogrodnik, nie stroniąc jednak od innych zajęć, jakie były mu przydzielane. Rozbrajającą szczerością podbijał serca wielu osób. Został rozstrzelany w wieku 38 lat.
O. Tadeusz Müller
Urodził się w 1908 r. w Krakowie. Od najmłodszych lat odznaczał się wrażliwością w stosunku do ludzi biednych. Z natury bardzo żywiołowy i ruchliwy, był chwalony przez otoczenie, gdyż jako ministrant cierpliwie usługiwał starszemu kapłanowi, który odprawiał Mszę św. aż półtorej godziny!
W lipcu 1918 r. u sióstr karmelitanek w Krakowie biskup Nowak, sufragan krakowski, odprawiał Mszę św. Przypadkowo w zakrystii znalazł się ruchliwy i śmiały Tadzio. Szepnął do ucha biskupowi swoją prośbę. W rozmównicy ks. biskup wyjawił do zebranych sióstr, między którymi była starsza, rodzona siostra Tadzia, że chłopiec prosił go o wstawiennictwo u prowincjała redemptorystów, aby ten przyjął go do juwenatu. Wszystko dobrze się potoczyło i wkrótce chłopak znalazł się w juwenacie: najpierw w Tuchowie, a potem w Toruniu. Po odbyciu nowicjatu, w 1924 r. złożył śluby zakonne.
Święcenia kapłańskie otrzymał w 1933 r. Posiadał piękny głos i z wielką gorliwością oddawał się pracy misyjnej. Wybuch wojny uniemożliwił mu szerszą działalność na tym polu. Od 1942 r. pracował w Warszawie. Wyjeżdżał często na rekolekcje do zakonnic, a także pomagał w zakupach o. W. Maliszowi, który był ekonomem klasztoru. O. Müller ze względu na swe niemieckie nazwisko i znajomość języka niemieckiego mógł bezpiecznie poruszać się po okupowanej Warszawie, a nawet podejmować ryzyko zakupów w sklepach niemieckich.
Podobnie jak o. Malisz, miał powiązania z Armią Krajową. Ojcowie przynosili tajne gazety, dzielili się radiowymi wiadomościami, a ponadto byli zapisani na kapelanów, w razie wybuchu powstania.
W lutym 1944 r. o. Müllerowi zmarła w Krakowie matka. Pojechał więc na jej pogrzeb. Przed powrotem do Warszawy w rozmowie ze swoją rodzoną siostrą karmelitanką powiedział, że tuż po pogrzebie przyśniła mu się mama. Widział ją radosną; wyciągała ku niemu ręce i mówiła: „Tadziu, chodź do mnie, będziemy razem”. Syn patrzył na nią, ale nie mógł iść, bo między nimi leżał stos kwiatów, biało-czerwonych róż. Mówił więc: „Jakże mam iść?” A ona na to wyciągnęła rękę, chwyciła go za dłoń i przyciągnęła ku sobie przez wspomniane kwiaty. Znów był z nią i czuł się bardzo szczęśliwy. O tym śnie opowiadał również współbraciom na Karolkowej dodając, że pewnie niedługo pójdzie za matką.
Jeszcze miesiąc przed sierpniową tragedią przeprowadził rekolekcje dla Sióstr Elżbietanek w Warszawie. Przed ich rozpoczęciem udał się z prośbą o modlitewne wsparcie do przełożonej Sióstr Karmelitanek, które mieszkały wtedy u Sióstr Wizytek w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu. Po tym spotkaniu przełożona karmelitanek napisała list do jego siostry. Zapewniła ją o wielkiej pobożności o. Müllera, nazywając go „dojrzałym owocem dla niebiańskich ogrodów”.
Gdy 6 sierpnia o świcie Niemcy okrążyli klasztor, o. rektor wraz z o. Müllerem, wyszli z klasztoru i tłumaczyli Niemcom, że w budynku nie ma powstańców, a znajdują się w nim tylko zakonnicy i ludność cywilna. Niemcy nie zważając na te wyjaśnienia, rozkazali natychmiast wszystkim opuścić klasztor pod groźbą rozstrzelania tych, którzy nie zastosują się do rozkazu. Następnie wyprowadzono ich do kościoła św. Wojciecha. Dla redemptorystów była to ostatnia droga ziemskiego życia. Ojciec Müller zginął mając 36 lat.
O. Antoni Ruciński
Urodził się w 1908 r. we wsi Rumian, w diecezji chełmińskiej. Już jako uczeń gimnazjum w Lubawie dowiedział się o istnieniu i misyjnej działalności redemptorystów. Nawiązał kontakt z klasztorem w Toruniu i poprosił o przyjęcie do zgromadzenia. Nowicjat odbył w Mościskach i w sierpniu 1927 r. złożył śluby zakonne. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1933 r. Kurs przygotowawczy do pracy misyjnej, czyli tzw. drugi nowicjat (tirocinium), przeszedł w Toruniu i został skierowany do Mościsk na socjusza, czyli asystenta magistra (wychowawcy) nowicjuszy.
W tym czasie redemptoryści z prowincji wiedeńskiej, którzy opiekowali się klasztorami zgromadzenia w Danii, uznali za konieczne założenie placówki misyjnej w Szwecji. Ponieważ były tam dosyć liczne skupiska Polaków, zwrócono się do polskich redemptorystów z prośbą o przysłanie im jednego kapłana. Prowincja polska w poczuciu wdzięczności dla prowincji wiedeńskiej za pomoc w okresie formowania samodzielnej prowincji w Polsce, skierowała tam o. Rucińskiego, jednakże wybuch wojny w 1939 roku uniemożliwił zrealizowanie tego planu.
O. Ruciński przejął obowiązki magistra w Mościskach, które znalazły się wtedy pod władzą Rosjan. U mieszkańców zaczęła narastać wtedy obawa, że ludność polska zostanie wywieziona na Sybir. Gdy na wiosnę granica niemiecko-rosyjska została chwilowo otwarta, nowicjusze natychmiast przenieśli się do Tuchowa, a następnie do Łomnicy. Wtedy również o. Ruciński opuścił Mościska, gdzie wyświadczył wiele pomocy tamtejszej ludności wśród wojennych perypetii. Po przyjeździe do Łomnicy pomagał magistrowi nowicjatu i wziął na barki obowiązki ekonoma domu.
Ponieważ prześladowania okupanta niemieckiego narastały z każdym dniem i nie wolno było prowadzić ani seminarium, ani nowicjatu, przełożeni dla utajnienia i zabezpieczenia umieścili kandydatów do życia zakonnego w różnych klasztorach. Z tego powodu o. Ruciński z kilkoma nowicjuszami znalazł się w Warszawie. Niektórym się wydawało, że „pod latarnią będzie najbezpieczniej”… Niestety o. Ruciński zginął wraz z całą wspólnotą w wieku 36 lat.
O. Władysław Malisz
Urodził się w 1909 r., w Faściszowej, parafia Zakliczyn. Juwenat rozpoczął w Tuchowie, a ukończył w Toruniu. Śluby zakonne złożył w 1928 r. w Mościskach. W 1933 r. w Tuchowie otrzymał święcenia kapłańskie. Pięć lat później został przełożonym klasztoru w Krakowie, a w następnym roku objął taką samą funkcję w Mościskach.
Po wybuchu wojny w 1939 r. zorganizował pomoc licznym uchodźcom, którzy często pukali do furty klasztornej w Mościskach. Zakonnicy doświadczali licznych zagrożeń ze strony władz rosyjskich, które okupowały wtedy to miasto. Obawiano się przede wszystkim deportacji na Syberię. Po wybuchu wojny między Niemcami i Rosją w czerwcu 1941 r., dla wspólnoty w Mościskach nastały trochę spokojniejsze czasy. W roku 1942 dla wzmocnienia zdrowia i nadszarpniętych nerwów, o. Malisz udał się do Tuchowa. Dał się wtedy poznać jako lubiany misjonarz i rekolekcjonista.
Ponieważ w warszawskim domu o. rektor Kania często podupadał na zdrowiu, wysłano tam o. Malisza, aby jako zastępca rektora i ekonom wziął na barki wiele jego obowiązków. Wspólnocie na Karolkowej udawało się jakoś szczęśliwie przeżywać kolejne lata hitlerowskiej okupacji. Zagrożenia wojenne wzrastały, gdy Niemcy zaczęli ponosić coraz większe klęski na Wschodzie i front zbliżał się do Warszawy. O. Malisz był jednym z tych ojców, którzy w lecie 1944 roku sugerowali, aby część zakonników, szczególnie najmłodszych, wyjechała z warszawskiego klasztoru i przeniosła się w bardziej bezpieczne miejsce. Miał on kontakty z Armią Krajową, dlatego posiadał większe rozeznanie na temat planowanego powstania, a także ewentualnych jego konsekwencji. Jednak przełożony klasztoru był innego zdania, decydując, że wszyscy pozostaną razem z ludźmi walczącej Warszawy.
Czas i miejsce śmierci o. Malisza nie są do końca pewne. Dwie kobiety miały go widzieć żywego we wrześniu 1944 roku. Był w cywilnym ubraniu. Kilkadziesiąt lat po wojnie, 6 sierpnia 1976 r., do klasztoru na Karolkowej zgłosił się Kazimierz Sokołowski, ur. w 1904 r. w Warszawie. Złożył on następującą relację: „We wtorek 8 sierpnia 1944 r. kilka tysięcy ludzi od Krakowskiego Przedmieścia pędzono ul. Wolską, aż do kościoła św. Wojciecha. Przed kościołem w stronę ul. Sokołowskiej, wśród ludzi stał ksiądz redemptorysta. Byłem blisko niego. Mężczyźni podrzucili mu robocze ubranie. Stojąc wśród nich zmienił habit właśnie na ten podrzucony strój. Mówił, że był przyprowadzony razem z ojcami z Karolkowej i stał już w grupie na rozstrzelanie. Skorzystał jednak na tym, że pilnujący ich Niemiec zapalał papierosa i w tym momencie przebiegł kilka kroków do grupy kobiet i tak uniknął śmierci. Nazwiska swego nigdy nie wyjawił, choć razem z nim byłem wywieziony do Pruszkowa, a potem do Niemiec. Pracowaliśmy w Gross-Rosen, następnie w 1945 r. w Aleksandorfie, k. Oldenburga. Zatrudniono nas tam przy wydobywaniu torfu wraz z Rosjanami, Francuzami i Anglikami. Może dwa tygodnie przed wyzwoleniem, około 5 maja podczas pracy upadł ze zmęczenia w błoto i Niemiec uderzył go tak mocno kolbą w głowę, że już nie odzyskał przytomności i zmarł. Nocą więźniowie przenieśli go w worku na cmentarz obok pobliskiego kościoła i tam pochowali”.
Według zeznania p. Sokołowskiego ojciec był średniego wzrostu, ciemne włosy miał czesane do góry. Mówiono na niego „Julian”. Znał dobrze język francuski i trochę angielskiego. Dużo opowiadał o Padwie i Wenecji. Mówił, że pracował w klasztorze na Karolkowej. Był bardzo uczynny, dzielił się zupą z innymi więźniami. Czasami nocą, potajemnie urządzał nabożeństwa. Tylko kilka osób wiedziało, że jest księdzem. Bardzo pragnął przeżyć obóz i miał nadzieję, że wolność wkrótce nadejdzie. Niestety, na kilka dni przed wyzwoleniem zmarł. Kazimierz Sokołowski dodał, że często śni mu się ten ojciec, przychodzi wtedy do kościoła na Karolkową, aby się za niego pomodlić.
Po złożeniu tego świadectwa ojcowie pokazali zachowane portrety zamordowanych współbraci z prośbą, aby świadek rozpoznał postać, o której mówił. Wskazał na o. Malisza mówiąc: „to ten”. Kazimierz Sokołowski pojechał do Niemiec w 1975 r., aby odszukać jego grób. Niestety, na miejscu pochówku z 1945 roku był już jakiś nowy, niemiecki nagrobek. O. Malisz zginął mając 35 lat.
O. Franciszek Kaczewski
Urodził się w 1913 r. w Łękawicy pod Tarnowem. Uczęszczał do szkoły podstawowej w Łękawicy. Z powodu trudnych warunków materialnych nie miał możliwości, aby kontynuować naukę i wstąpić do seminarium. Tymczasem stało się coś, co z jednej strony było dla niego bardzo bolesne, a z drugiej okazało się opatrznościowe. Otóż w 1924 r. zmarł jego ukochany brat Wincenty, którego edukacja wymagała sporych funduszy. Po jego śmierci pieniądze te przeznaczono na dalsze kształcenie Franciszka.
Do juwenatu został przyjęty w 1925 r. Śluby zakonne złożył w 1934 r. w Mościskach. Tuż przed wybuchem wojny, w czerwca 1939 r. otrzymał w Tuchowie święcenia kapłańskie. Po nich ukończył tirocinium, czyli studium przygotowujące do pracy misyjnej i rekolekcyjnej. Przez pewien czas pracował właśnie jako misjonarz, jednak zawierucha wojenna uniemożliwiła mu rozwinięcie szerszej działalności na tym polu. W czasie okupacji przebywał m.in. w Lublinie, pracując przy kościele św. Jozafata.
Na krótko przed wybuchem Powstania Warszawskiego został przydzielony do wspólnoty na Karolkowej. Był najmłodszy z trzech braci, których jego pobożni rodzice powierzyli zgromadzeniu redemptorystów. Jako pierwszy jednak stanął przed Bogiem. Został rozstrzelany w wieku 31 lat.
O. Jan Szymlik
Urodził się w 1914 r. w Schönwerder na Pomorzu Zachodnim. Kurs nauk humanistycznych odbył w juwenacie w Toruniu. Śluby zakonne złożył w Mościskach w sierpnia 1933 r. , a w czerwcu 1938 r. otrzymał święcenia kapłańskie.
Pod koniec studiów seminaryjnych zapadł na gruźlicę. Niestety lekarze nie rozpoznali choroby, wydali fałszywą diagnozę i leczono go w niewłaściwym kierunku powodując jeszcze większą ruinę organizmu. Dopiero w czasie kursu misyjnego, czyli drugiego nowicjatu w Toruniu, lekarze ustalili prawdziwe źródło fizycznego osłabienia. Do wybuchu wojny leczył się w Zakopanem, potem w Krakowie, a od 1940 roku w Warszawie. Intensywne leczenie przyniosło pozytywne skutki. Wrócił do pełnego zdrowia i zapowiadał się na uzdolnionego kaznodzieję. Zginął w wieku 30 lat.
O. Jan Świerczek
Urodził się w 1916 r. w Jadownikach, w diecezji tarnowskiej. Po ukończeniu szkoły podstawowej w rodzinnej wiosce zapragnął wstąpić do Zgromadzenia Księży Pallotynów w Wadowicach. Ze względu na chorobę ojca i liczne rodzeństwo potrzebujące opieki, uległ prośbom matki i pozostał w domu.
Nie opuszczało go jednak pragnienie poświęcenia się Bogu w kapłaństwie i kiedy zapewniono mu zniżkę w opłatach, rozpoczął naukę w brzeskim gimnazjum. W 1935 roku poprosił o przyjęcie do zgromadzenia redemptorystów. Po roku nowicjatu, w 1936 r. złożył śluby zakonne.
3 czerwca 1939 r. zapisał się głęboko nie tylko w jego, ale w pamięci wszystkich wiernych diecezji tarnowskiej. Biskup Franciszek Lisowski udzielał w katedrze ponad 150 klerykom niższych i wyższych święceń kapłańskich. Wśród kleryków był i Jan Świerczek. Biskup przy rozdzielaniu Komunii św. zasłabł. Po krótkim odpoczynku dokończył liturgiczny obrzęd i polecił klerykom odśpiewać „Magnificat”. Wtedy ponownie osunął się na krzesło, a kiedy wyniesiono go do zakrystii, zakończył życie.
O. Świerczek po otrzymaniu święceń kapłańskich w 1941 r. udał się do drugiego nowicjatu i tam dobrze przygotowany, z całym zapałem oddał się pracy misyjnej, ale ta nie miała trwać długo. W połowie lipca 1944 r., na dwa tygodnie przed wybuchem Powstania, został przeniesiony do Warszawy.
Zachowały się jego notatki dotyczące życia wewnętrznego wraz z postanowieniami, które podejmował z okazji odprawianych rekolekcji. Wynika z nich, że każdą czynność i posługę kapłańską odczytywał jako wezwanie do unikania wygodnictwa, starania się o wyższy stopień świętości i stałej wdzięczności Matce Bożej Nieustającej Pomocy za Jej opiekę oraz żalu, że on, członek sodalicji mariańskiej, nie umiał Jej lepiej służyć. Zginął w wieku 28 lat.
O. Józef Kapusta
Urodził się w 1916 r. we Wróżenicach, w diecezji krakowskiej. Rodzice przenieśli się do Krakowa i zamieszkali w Podgórzu, blisko klasztoru redemptorystów. Szybko nawiązała się przyjaźń z zakonnikami i w konsekwencji najpierw starszy brat pojechał do juwenatu w Toruniu, następnie w 1930 r. również Józef poszedł w jego ślady. Po ukończeniu nowicjatu w Mościskach, w 1935 złożył śluby zakonne. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1941 r. w Tuchowie.
Przełożeni liczyli się z tym, że o. Józef jest i będzie słabego zdrowia, ponieważ w jego domu rodzinnym panowała gruźlica. Jego matka, siostra i wspomniany starszy brat umarli właśnie na tę chorobę. Jednakże oszczędziła ona młodego kapłana, który bez przeszkód odbył przygotowanie do misji w tzw. drugim nowicjacie. Z radością uczestniczył w kilku pracach misyjnych i rekolekcyjnych.
Na trzy tygodnie przed wybuchem Powstania Warszawskiego, posłuszny woli przełożonych, wyjechał z Tuchowa do Warszawy. Pełniąc obowiązki kronikarza w klasztorze w Tuchowie, w prowadzonych zapiskach umieścił takie zdanie: „Jadę do Warszawy na «stały» pobyt, choć nawiasem mówiąc, wolałbym na czas wojny pozostać w Tuchowie, pod opieką Cudownej Matuchny. Niech się dzieje święta wola Boża…”.
Niecały miesiąc później, o. Józef Kapusta zakończył swoje zaledwie 27-letnie życie.
Br. Stefan (Stefan Bogacz)
Urodził się w 1917 r. w Radgoszczy, w diecezji tarnowskiej. Jako postulant w Toruniu bardzo szybko nauczył się krawiectwa.
Śluby czasowe złożył w 1937 r. Od 1942 pracował w Warszawie. Bardzo poważnie traktował swoje obowiązki. Ukochał zgromadzenie, nigdy nie wątpił w prawdziwość swego powołania. Bez uszczerbku dla swoich obowiązków zawsze umiał znaleźć dużo czasu na modlitwę w kaplicy. W Warszawie zaczął się uczyć gry na fortepianie. Zakończył swoje ziemskie życie mając 27 lat.
Br. Bronisław (Bronisław Wereszczyński)
Urodził się w 1917 r. w Isernie, w diecezji łuckiej (obecnie Ukraina). Bardzo wcześnie stracił rodziców i jako sierota został wychowany w zakładzie kierowanym przez siostry zakonne. Pod ich wpływem w jego sercu zaczęło kiełkować powołanie do życia zakonnego.
W 1935 r. poprosił o przyjęcie do zgromadzenia redemptorystów. Jako postulant przebywał w Mościskach, a następnie odbył nowicjat w Toruniu i 2 lutego 1937 r. złożył śluby czasowe. Zaraz po nich wyjechał do Warszawy, gdzie pracował w kuchni klasztornej. Był pobożny i łagodnego usposobienia, zrażał się jednak drobnostkami, co utrudniało mu duchową pracę nad sobą. Mimo to każdego dnia starał się w jak najlepszy sposób wypełniać powierzone mu obowiązki. Zginął mając lat 27.
Kleryk Jan Nowakowski
Urodził się w 1918 r. w Zakościelu, parafia Mościska, w diecezji przemyskiej. Jako uczeń szkoły podstawowej wstąpił do grona ministrantów przy kościele redemptorystów w Mościskach.
W roku 1932 został przyjęty do czwartej klasy juwenatu w Toruniu. Był bardzo koleżeński, od razu zyskał sobie dużą sympatię otoczenia. Koledzy z życzliwości nazywali go nawet „Januszkiem”. Niestety w szóstej klasie ujawniła się u niego gruźlica, którą dotknięta była cała rodzina. Opuścił zatem juwenat i po powrocie w rodzinne strony, jego stan zdrowia znacznie się poprawił. Skutecznie leczył go jeden ze lwowskich lekarzy. Nowakowski czując poprawę zdrowia, kontynuował swoje przygotowanie do egzaminu dojrzałości jako eksternista. Będąc jeszcze maturzystą, udzielał się w różnych stowarzyszeniach katolickich istniejących na terenie parafii.
Po wybuchu wojny, w czasie okupacji rosyjskiej skutecznie pomagał w Mościskach wielu rodakom. Walka o byt zahartowała jego charakter i przywiązanie do zgromadzenia, nie tracił nadziei, że z czasem stanie się jego członkiem.
Rzeczywiście w lutym 1942 r. rozpoczął nowicjat w Łomnicy. Twarda szkoła życia, jaką przeszedł, uformowała w nim człowieka, który wymagał dużej ascezy zarówno od siebie, jak i od swoich kolegów. Był bardzo sumienny w wykonywaniu obowiązków.
Gdy musiano rozwiązać nowicjat w maju 1942 roku, powrócił do domu i korzystając z biblioteki klasztornej w Mościskach, przerabiał materiał z filozofii. We wrześniu 1943 roku pojechał do Warszawy, aby tam uzupełnić formację nowicjacką. 24 sierpnia 1944 r. miał złożyć śluby. Prawdopodobnie magister nowicjatu, upoważniony przez prowincjała, przyspieszył złożenie ślubów w obliczu niebezpieczeństwa na dzień 2 sierpnia 1944. Został rozstrzelany w wieku 26 lat.
Br. Ambroży (Leon Mikołajski)
Urodził się w 1919 r. w Hombord, w Westfalii, w archidiecezji kolońskiej. W tym samym roku jego rodzice powrócili w rodzinne strony do Chełmży, a w roku 1924 przeprowadzili się do Torunia. Zamieszkali w pobliżu miejsca, gdzie niebawem stanął klasztor redemptorystów z publiczną kaplicą. Leon wstawał rano już o godzinie piątej, aby uczestniczyć we Mszy św. Jego gorliwość wzrosła jeszcze bardziej od momentu przystąpienia do pierwszej Komunii św. w 1930 r.
Po ukończeniu szkoły podstawowej przez półtora roku pracował w domu pewnego adwokata. W 1936 roku zgłosił się do redemptorystów, pragnąc zostać bratem zakonnym. Jego problemy ze słuchem stały się jednak przeszkodą w przyjęciu go do zgromadzenia. Tę wadę już w dzieciństwie zbagatelizowała jego matka oświadczając: „Nic nie szkodzi, bo i tak na tym świecie nic dobrego nie usłyszy”.
Mimo początkowych trudności udało mu się wstąpić do redemptorystów. Już w czasie nowicjatu poszerzył swoje umiejętności, zaczął bowiem pracować jako szewc. Podobno czynił to znakomicie. Ukończywszy nowicjat, w 1937 r. złożył śluby czasowe. Przez 5 lat zaopatrywał tuchowskich współbraci w dobre obuwie. W czerwcu 1942 r. wysłano go do Krakowa. Wreszcie w lipcu 1944 udał się na parę tygodni do Warszawy, aby i tam ponaprawiać obuwie swoim współbraciom.
Do śmierci, która go tam nagle zastała, przygotowany był poprzez liczne cierpienia, związane z przebytą operacją ucha w 1942 r., jak również dalszymi, bolesnymi zabiegami. Przeżył 24 lata.
Kleryk nowicjusz Antoni Szymski
Urodził się w 1921 r. w Myślenicach, w diecezji krakowskiej. Po ukończeniu czwartej klasy szkoły podstawowej złożył wstępny egzamin do gimnazjum. Z powodu braku pieniędzy na opłaty gimnazjum, musiał je przerwać. Do czasu wybuchu wojny udało mu się ukończyć trzecią klasę gimnazjum. W pierwszych latach okupacji znalazł pracę w tartaku w Myślenicach i w ten sposób uchronił się przed wywiezieniem na roboty do Niemiec.
W częstych rozmowach ze swoją rodzoną siostrą, która była zakonnicą, dojrzewała w nim myśl poświęcenia się Bogu w życiu zakonnym. Za jej poradą skontaktował się z redemptorystami. Ojcowie z Krakowa troskliwe się nim zaopiekowali dostarczając m.in. książki, które miały mu pomóc w uzupełnieniu i przerobieniu materiału klasy trzeciej i czwartej. Następnie został skierowany do Warszawy, gdzie 9 listopada 1943 r. rozpoczął nowicjat. W związku z wybuchem powstania i rosnącym zagrożeniem dla klasztoru i jego mieszkańców prawdopodobnie 2 sierpnia 1944 r. złożył pierwsze śluby zakonne. Został rozstrzelany w wieku 23 lat.
Kleryk Franciszek Zasadni
Urodził się w 1923 r. w Zasadnem, w diecezji tarnowskiej. Mając dziewięć lat przyjął Komunię św., co stanowiło wyjątek w jego stronach, bowiem Komunię udzielano wówczas starszym dzieciom. Ukończywszy szkołę podstawową został przyjęty w 1938 r. do juwenatu w Toruniu. Po wybuchu wojny przebywał w domu rodzinnym i uczył się prywatnie. Co jakiś czas przyjeżdżał do tajnego juwenatu w Krakowie dla sprawdzenia swoich postępów w nauce.
W 1942 r. rozpoczął nowicjat w Łomnicy, ale już po trzech miesiącach na skutek represji policji niemieckiej, podobnie jak reszta nowicjuszy, musiał powrócić do domu rodzinnego. Utrzymywał jednak stałą łączność z przełożonymi zgromadzenia. Jesienią 1942 roku polecono mu udać się do Warszawy w celu ukończenia nowicjatu. 2 sierpnia 1943 r. złożył śluby i rozpoczął dalszy kurs nauk humanistycznych.
Był dobrze zbudowanym góralem, uśmiech zawsze gościł na jego twarzy. Chętnie i dobrze się uczył, ale najbardziej kochał zajęcia fizyczne. Żywo interesował się przebiegiem działań wojennych przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Ciekawiły go również zagadnienia związane z pirotechniką. Został zamordowany w wieku 21 lat.
Kleryk Ferdynand Doleżal
Urodził się w 1923 r. w Krakowie-Łagiewnikach. Jako ministrant uczęszczał regularnie do klasztoru przy ul. Zamojskiego, gdzie zaprzyjaźnił się z redemptorystami. W 1935 roku został przyjęty do juwenatu w Toruniu. Po wakacjach w 1939 roku, które spędził w domu rodzinnym, nie mógł już wrócić do Torunia, gdyż nastąpiła inwazja wojsk niemieckich na Polskę. Rozpoczął więc naukę w tajnym juwenacie zorganizowanym w Krakowie. Tam też odbył nowicjat, a potem przebywał w Łomnicy, gdzie 2 lutego 1941 r. złożył śluby. Razem z innymi usiłował ukończyć liceum w Tuchowie, lecz brutalna ingerencja policji niemieckiej spowodowała przerwanie wykładów. Kleryk Doleżal udał się do rodziców. Aby nie być ciężarem dla domowników, postarał się o pracę w fabryce bezpieczników elektrycznych w Krakowie. Wielu pracujących tam robotników miało negatywny stosunek do religii i dlatego też w skromnej i grzecznej postawie młodego chłopca od razu wyczuli kleryka i nie szczędzili mu szyderstw.
Po ośmiu miesiącach prawdziwej pokuty w fabryce załatwiono mu wyjazd do Warszawy, gdzie razem z kilkoma innymi klerykami miał dokończyć nauki humanistyczne i rozpocząć kurs filozofii.
W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego młodzież z opaskami powstańczymi wspólnie z młodzieżą zakonną spotykała się w warszawskim kościele św. Klemensa. Jako młodzi ludzie starali się zbytnio nie przejmować niebezpieczeństwem, które nad nimi zawisło. Kleryk Doleżał do ostatnich dni swojego życia zachował niezwykłą pogodę ducha. Został rozstrzelany w wieku 21 lat.
Kleryk Bolesław Motyka
Urodził się w 1924 r. w Staroniwie koło Rzeszowa, w diecezji przemyskiej. Od najmłodszych lat przejawiał powołanie kapłańskie. W roku 1936, gdy ukończył sześć klas szkoły podstawowej, ksiądz katecheta znający jego duchowe nastawienie skierował go do juwenatu w Toruniu. Wybuch wojny zmusił go jednak do przerwania nauki w Toruniu i powrotu do rodziny. Po kilku miesiącach udało mu się przedostać przez granicę między Rzeszą Niemiecką, a utworzoną z ziem polskich Generalną Gubernią i dotrzeć z powrotem do Torunia. Niestety, klasztor toruński został przemieniony na koszary dla wojsk niemieckich. Wrócił zatem na krótko do rodziny, a później udał się do tajnego juwenatu w Krakowie. Nowicjat rozpoczął 1 lutego 1942 r. w Łomnicy, ale już w maju, z powodu represji niemieckich, musiał znów uciekać do domu rodzinnego w Staroniwie.
W tym czasie zaopiekował się nim proboszcz rzeszowski, ksiądz infułat Tokarski. Początkowo pracował w gospodarstwie plebańskim, a następnie w kancelarii parafialnej.
W październiku 1943 roku przyjechał do Warszawy, aby tam uzupełnić brakujące miesiące nowicjatu. W tym czasie spadło nań ciężkie doświadczenie, gdyż jego ojciec zginął śmiercią tragiczną w nieszczęśliwym wypadku.
Dopuszczony do ślubów, prawdopodobnie złożył je 2 sierpnia 1944 r., na początku dramatycznych wydarzeń związanych z Powstaniem Warszawskim. Z pewnością ograniczono się do istotnej, najprostszej ceremonii całkowitego oddania się Bogu. Został zamordowany w wieku 20 lat.
Kleryk Marian Dzierzgwa
Urodził się w 1924 r. w Skarżysku-Kamiennej, w diecezji sandomierskiej. Redemptorystów poznał podczas misji świętej, którą przeprowadzali w jego rodzinnej parafii. Korzystając z ich zachęty, zgłosił się do juwenatu w Toruniu w 1938 roku. Miał iskrę entuzjazmu w oczach, był mocno przywiązany do swojej rodziny. Świadczy o tym pewna sytuacja: wracając pociągiem na wakacje do domu, w pewnej chwili na peronie zauważył czekającego ojca. Pociąg jeszcze nie zdążył się zatrzymać, a Marian z wysokiego wagonu wyskoczył wprost w objęcia czekającego taty. Koledzy juweniści jadący dalej na południe kraju, śmiejąc się z zaistniałego zdarzenia, podali mu przez okno walizki.
Po wybuchu wojny wraz z ojcem uciekał przed Niemcami na wschód, w okolice Lublina. Po powrocie podjął pracę w biurze. Do uczących się w Krakowie juwenistów udało mu się dołączyć w październiku 1940 r.
Uchodził za wielkiego zapaleńca do ascetycznych umartwień. W tym względzie przełożeni musieli go trochę powściągać. 2 lutego 1942 r. w domu nowicjackim w Łomnicy złożył śluby, następnie wyjechał do tuchowskiego seminarium. Niestety po trzech miesiącach, podobnie jak inni klerycy, na rozkaz policji niemieckiej musiał opuścić Tuchów. Udał się zatem do Przedborza, gdzie mieszkali jego rodzice. W miejscowej parafii pomagał kapłanom, którzy przygotowywali dzieci do pierwszej Komunii św. W grudniu 1942 roku powrócił do Łomnicy, lecz już po dwóch miesiącach wysłano go do Warszawy, gdzie ukończył liceum i pierwszy kurs filozofii.
Spośród 30 ofiar niemieckiego mordu na warszawskich redemptorystach, kleryk Marian Dzierzgwa był najmłodszy; kiedy zginął, miał zaledwie 19 lat.





























