• Rekolekcje i wypoczynek – CADR i Scala W górach i nad morzem
    Portal Kaznodziejski
    Lectio divina na każdy dzień Wydawnictwo Homo Dei
    Kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy, Płyta CD z pieśniami do MBNP
  • Menu

    Nowenna do św. Klemensa Hofbauera

    15 marca przypada święto św. Klemensa Hofbauera, rozkrzewiciela Zgromadzenia Redemptorystów. W ramach duchowego przygotowania Centrum Apostolstwa i Duchowości Redemptorystów proponuje przeżycie specjalnej nowenny w dniach 6-14 marca 2026 r. Zamieszczamy poniżej rozważania i modlitwy na poszczególne dni, opracowane przez śp. o. Gerarda Siwka CSsR. Zapraszamy czytelników do włączenia się w duchowe przeżywanie tych dni i zapoznania się z niektórymi szczegółami z życia i posługi tego wybitnego redemptorysty, apostoła Warszawy i patrona Wiednia, który jest też czczony jako patron piekarzy i cukierników. Materiały na poszczególne dni nowenny składają się z fragmentu słowa Bożego, rozważania i modlitwy podsumowującej.

    Tutaj można pobrać tekst Nowenny

    NOWENNA DO ŚW. KLEMENSA HOFBAUERA

    Wprowadzenie

    Każdy dzień nowenny do św. Klemensa rozpoczynamy, czyniąc znak krzyża w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

    Znakiem bliskości Boga w Trójcy Świętej Jedynego jest obecny pośród nas zmartwychwstały Jezus Chrystus w Najświętszym Sakramencie Ołtarza. Jego słowo, czytane i rozważane, wprowadzać nas będzie w komunię z Bogiem i świętymi. Będzie więc z nami również Najświętsza Maryja Panna i wszyscy święci. W tej komunii liczymy na nawiązanie szczególnego kontaktu ze św. Klemensem.

    Przez kolejnych dziewięć dni dziękować będziemy Bogu za dary mu udzielone, za dzieło, jakie pełni w Kościele i w świecie. Rozważać będziemy jego heroiczną wierność otrzymanemu posłannictwu.

    Ze względu na jego bliskość z Bogiem, którego „twarzą w twarz” ogląda, prosić go będziemy o wstawiennictwo w przedstawianych intencjach, szczególnie w tej, jaką w tej chwili, w ciszy, formułujemy.

    Szczerość naszej modlitwy potwierdzać będziemy codziennym uczestnictwem w Eucharystii, przystąpieniem do sakramentu pokuty i spełnianiem jakiegoś szczególnego aktu miłości Boga i bliźniego.

    Ufamy, że Bóg przyjmie naszą nowennę ku swojej chwale, umocni w nas wiarę w jedność zbawionych w Duchu Świętym, obudzi przekonanie o skuteczności wstawiennictwa świętych, zwłaszcza św. Klemensa, abyśmy za jego przykładem pewniej zmierzali do osiągnięcia szczęścia, jakim on już się raduje w wieczności. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    WIĘCEJ: Strona poświęcona świętemu Klemensowi

    Dzień I. Wsłuchany w głos Pana

    Słowo Boże

    „Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: »Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi«. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim” (Mk 1, 16-20).

    Rozważanie

    Rozpoczynając publiczną działalność, Jezus nie ogranicza się do samego głoszenia Dobrej Nowiny. Myśli także o kontynuatorach swej misji. Powołuje i gromadzi wokół siebie uczniów. Zależy Mu na tym, by nie byli to jacyś samozwańczy głosiciele, ale osobiście przez Niego wybrani. Jezus zastaje ich przy wykonywaniu codziennych obowiązków. Jego głos jest tak kategoryczny, ma w sobie tyle mocy, że trudno się mu oprzeć. Porzucają więc swoje zajęcia i idą za Nim. Nie tylko zajęcia, lecz i najbliższe im osoby. Godzą się też na podjęcie nowych działań, o których na razie nie mają żadnego pojęcia. Jezus informuje ich jedynie o tym, że będą to obowiązki w pewnym sensie analogiczne do tych, jakie dotychczas wykonywali. Będzie to bowiem „łowienie”. Oni pozostaną nadal zarzucającymi sieci, z tym jednak, że siecią będzie Dobra Nowina, a rybami ludzie, czyli ci, którzy w nią uwierzą.

    Rozpoczęta przez Jezusa wędrówka brzegiem Jeziora Galilejskiego trwa przez wieki. Jego wezwanie zachowuje zawsze tę samą moc. Kto je usłyszy, porzuca dotychczasowy sposób życia, swoich najbliższych, rodzinę, by pójść za Jezusem i pełnić wyznaczone przez Niego zadania. Takich ludzi było tysiące. Jednym z nich jest św. Klemens Maria Hofbauer.

    ***

    W przypadku Klemensa rozpoznawanie Jezusowego wezwania „Pójdź za mną” rozwijało się powoli i burzliwie. Zakorzenione było w religijnej atmosferze domu rodzinnego, a zwłaszcza pobożności matki, która po przedwczesnej śmierci męża zajęła się wychowaniem syna. W świadomości Klemensa pojawiło się ono najprawdopodobniej wówczas, kiedy jako mały ministrant chętnie posługiwał zakonnikom (premonstratensom) z Klosterbruck, pełniącym w Tasowicach posługę duszpasterską.

    Dokładniejsze rozpoznanie głosu Pana wymagało jednak od Klemensa włożenia w to wielkiego wysiłku, stoczenia wręcz tytanicznej walki, jakiej nie zawahał się podjąć. Przede wszystkim potrzebował odpowiedniego wykształcenia, którego nie mogła mu zapewnić uboga matka. Po czterech latach szkoły podstawowej, jako kilkunastoletni chłopiec, zmuszony był zarabiać na swe utrzymanie. Uczył się zawodu piekarza. W tym charakterze został zatrudniony w znanym sobie klasztorze premonstratensów w Klosterbruck, co ułatwiło mu naukę w ich gimnazjum. Trzeba było jednak pokonać niemały wstyd, aby jako dorosły młodzieniec zasiadać w jednej ławie szkolnej z o wiele młodszymi od siebie gimnazjalistami. Zdobywa się jednak na to, aby nie rozminąć się z głosem Pana. Tym bardziej że spotkanie z zakonnikami upewnia go w powołaniu. Rodzi ono zarazem bolesną świadomość, że realizacja tego pragnienia wymagać będzie coraz to większych nakładów finansowych, na które nie ma żadnych widoków. Z tego też względu dochodzi do wniosku, że być może niewłaściwie rozpoznał głos Pana, że wzywa On go do realizacji powołania niewymagającego tak kosztownego wykształcenia.

    Postanawia więc zostać pustelnikiem w wieku 25 lat. Życie pustelnicze prowadzi przez lat osiem (1775–1783). Mimo umiłowanej samotności i ciągłej okazji do kontemplacji odkrywa, że nie tę drogę wybrał dla niego Pan. W ciszy pustelni dochodzi do wniosku, że jest wezwany do życia apostolskiego.

    Powraca więc do Wiednia, gdzie przy pomocy finansowej dobrych ludzi udaje mu się podjąć uniwersyteckie studia filozoficzno-teologiczne. Nie zabawi tutaj jednak długo, gdyż nie może znieść panującego w tym miejscu racjonalizmu oświecenia. Na domiar złego wprowadzane reformy utrudniają naukę kandydatom do kapłaństwa.

    Dochodzi więc do wniosku, że Pan wzywa go, by powołanie do apostolstwa zrealizował poza granicami cesarstwa austriackiego. Posłuszny rozpoznanemu głosowi opuszcza więc Wiedeń, aby wraz z kolegą ze studiów, Tadeuszem Hüblem, jesienią 1784 roku udać się do Rzymu. W mieście tylu kościołów, klasztorów, uczelni i możliwości coś mu mówi, że ma wkroczyć na drogę wskazaną przez kościół, z którego wieży rozlegnie się dźwięk dzwonów o najwcześniejszej rannej godzinie. Usłyszał go z kościoła św. Juliana, przy którym pracowali redemptoryści. Dla Klemensa był to znak, iż Bóg pragnie, aby do nich dołączył. Zostaje przyjęty. W 1785 roku, w wieku 33 lat, składa śluby zakonne i przyjmuje sakrament święceń.

    Marzenie o kapłaństwie, jakie tyle razy wydawało się pogrzebane na zawsze, zostaje zrealizowane. Ogarnia go wewnętrzny pokój. Rozumie, że zawód piekarza, umiłowane przez niego życie pustelnicze, samotność, modlitwa, pokuta, ubóstwo były jedynie wytyczaną mu przez Boga drogą wiodącą do spełnienia się jako redemptorysta.

    Dziękuje Bogu za to, że nie próbował nigdy sprzeniewierzyć się Jego woli, że udzielał mu sił do przezwyciężenia trudności w jej rozeznawaniu. Pragnie konsekwentnie ją realizować, czegokolwiek by od niego zażądała.

    ***

    Podobnie jak Klemens, każdy z nas ma wyznaczoną przez Boga drogę życia. Naszą mądrością jest nie szczędzić czasu i wysiłku na jej rozpoznanie, wyrobienie w sobie gotowości pójścia nią, choćby wydawała się nieprawdopodobna, zaskakująca i wymagająca. Może to być droga powołania kapłańskiego lub zakonnego, ale też droga gorliwszego życia chrześcijańskiego, polegająca na radykalnym unikaniu zła, wybieraniu dobra, czyli na czynieniu tego, co się Bogu podoba.

    Rzecz jednak w tym, że podobnie jak w przypadku Klemensa, głos Bożego wezwania często bywa niejednoznaczny, jego właściwe rozpoznanie wymaga więc niemałego wysiłku. Warto go jednak podjąć, gdyż człowiek może w pełni zrealizować siebie, osiągnąć pokój serca, poczucie szczęścia nawet wśród zgryzot, niepowodzeń i cierpień jedynie na tej drodze, jaką wyznaczył mu Bóg. On zaś, wzywając, udziela zarazem odpowiednich pomocy do realizacji wyznaczonego zadania.

    Modlitwa

    Św. Klemensie, zadziwia nas twoja troska o rozpoznawanie głosu Boga, połączona z gotowością pójścia za nim, nie wyłączając podjęcia radykalnej zmiany stylu życia oraz związanych z nią ofiar. Za heroiczną wierność Bożym wezwaniom zostałeś nagrodzony szczęściem wiecznym. Pragniemy iść w twoje ślady. Wyproś nam u Boga podobną wrażliwość na Jego głos kierowany do nas w Duchu Świętym, byśmy osiągnęli pełnię naszego rozwoju zakończoną radowaniem się z tobą w królestwie świętych. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    WIĘCEJ: Życiorys św. Klemensa Hofbauera

    Dzień II. Mocny w wierze

    Słowo Boże

    „Apostołowie prosili Pana: »Przymnóż nam wiary!«. Pan rzekł: »Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: ‘Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze!’, a byłaby wam posłuszna«” (Łk 17, 5-6).

    Rozważanie

    Prośba Apostołów, aczkolwiek wydaje się dziwna, jest jednak zrozumiała, gdyż towarzysząc Jezusowi, przekonali się, jak wielkiej wiary potrzeba tym, którzy są powołani do głoszenia Dobrej Nowiny. Być może już doświadczyli jej mocy we własnym życiu. Zauważyli też, że wielkość dokonywanych przez ich Mistrza dzieł uzależniona jest od wiary proszących. Chcąc więc jak najlepiej spisać się przy pełnieniu powierzonej przez Jezusa misji, postanowili poprosić Go o większą wiarę.

    Jezus nie gani ich prośby. Uważa ją za zrozumiałą, wręcz ją pochwala. Aby umocnić ich w przekonaniu o mocy prawdziwej wiary, wyjaśnia im, że nawet ta mała, podobna do ziarnka gorczycy, może dokonywać wielkich rzeczy, jak wyrwanie z korzeniami drzewa morwowego i przeniesienia je w inne miejsce. Zastosowany przez Jezusa obraz przemawiał do słuchaczy, gdyż znali drzewa morwowe, wiedzieli o sile i rozgałęzianiu ich korzeni, dzięki którym mogły one przetrwać na jednym miejscu setki lat. Jezus życzy im posiadania takiej wiary. Cieszy Go też, że Apostołowie proszą Go o jej przymnożenie, gdyż w rzeczywistości jest ona darem od Boga.

    ***

    Klemensa zalicza się do świętych, który otrzymali dar „większej wiary”. Nazywa się go wprost „mocarzem wiary” lub „fenomenem wiary”, co często ujawniało się w jego życiu.

    W obudzeniu, umocnieniu i rozwijaniu wrodzonego daru wiary wielką rolę odegrała jego głęboko wierząca matka. Ona to po śmierci ojca poprowadziła małego Janka pod krzyż wiszący na ścianie ich rodzinnego domu i wskazując na umęczonego Odkupiciela, powiedziała: „Patrz, moje dziecko, teraz On będzie twoim ojcem. Nie zasmucaj Go swoimi grzechami”. Wydarzenie to zrobiło na nim tak wielkie wrażenie, że wspominał je przez całe dorosłe życie.

    Świadom mocy swej wiary mawiał, że nie oczekuje za nią nagrody, gdyż nie musi walczyć o jej zachowanie, bo „nigdy nie odczuwał pokus przeciw wierze”. Mawiał też, że gdyby mu doniesiono o jakimś nadzwyczajnym wydarzeniu dowodzącym istnienia Boga, zamknąłby oczy, mówiąc: „Moja wiara nie potrzebuje wcale takiego dowodu”.

    Dziękował za to Bogu i zapewniał Go, że „otrzymanego daru wiary nie oddałby za żadne skarby na świecie”; wolałby nawet stracić życie niż wiarę.

    Była ona dla niego czymś tak naturalnym i potrzebnym, że zwykł mawiać: „Człowiek bez wiary jest jak ryba bez wody”. Klemensowi trudno było zatem pojąć, jak ktoś może nie wierzyć. Tym boleśniej przeżywał fakt, że „świat nie chce wierzyć”.

    Wartość wiary, jej brak lub zagrożenie oraz jej konieczność do osiągnięcia zbawienia wiecznego były pobudką jego apostolskiej gorliwości. Wiara stanowiła zarazem tajemnicę jej skuteczności. W sposób naturalny przenikała całe jego życie, myśli, pragnienia, uczucia i czyny. Promieniowała na otoczenie. Ujawniała się w postawie ciała, mimice, geście, słowie. Popularność i skuteczność jego kazań wynikała nie z siły retorycznej perswazji, piękna języka, dobrego stylu, oryginalności myśli, lecz z faktu, że stawały się one „porywającymi aktami wiary”.

    Wiara Klemensa nie sprowadzała się do uznawania zawartych w katechizmie prawd wiary. Była osobistym odniesieniem do żywego Boga, odpowiadaniem miłością na Jego miłość. Łączyła się ze świadomością Jego stałej obecności. Świadomość ta była naturalnym środowiskiem jego życia, bez którego czułby się „jak ryba bez wody”.

    Jego relacja do Boga realizowała się w miłości do Jezusa Chrystusa. Jej pięknym świadectwem jest reakcja Klemensa na słowa przyjaciela, poety, językoznawcy i pisarza Fryderyka Schlegla (1772-1829), opowiadającego mu o swoich osiągnięciach: „Tak, Fryderyku, ale miłować Jezusa Chrystusa znaczy więcej niż cała wiedza”.

    Miłość Klemensa do Chrystusa ujawniało jego pełne namaszczenia i powagi sprawowanie Eucharystii, które z tego też względu robiło niezatarte wrażenie nawet na postronnych obserwatorach. Było ono wyrazem przekonania, że wiarę należy przeżywać razem z ludem, do czego przyczynia się podniosłe, godne, pobożne sprawowanie liturgii, zwłaszcza Eucharystii.

    Szczególnym wyrazem wiary Klemensa było całkowite zdanie się na Boga nawet w najbardziej niesprzyjających sytuacjach, jakie tak często fundowało mu życie. Po prostu wszystko, co przeżywał, odnosił do Boga, nie wyłączając dramatycznego przerwania jego dwudziestoletniej działalności i wypędzenia z Warszawy. Jednym z charakterystycznych rysów jego duchowości jest więc wypływająca z żywej wiary postawa całkowitego zawierzenia Bogu we wszelkich okolicznościach. Do jej przyjmowania zachęcał też innych w jednym ze swych listów: „Odwagi, Bóg wszystkim rządzi”. Słowa te, będące spełnieniem heroicznej wiary okazywanej Panu na ziemi, Klemens kieruje dziś do nas z nieba, radując się oglądaniem Go „twarzą w twarz”.

    ***

    Na chrzcie św. otrzymaliśmy, podobnie jak Klemens, dar wiary. Przypominając sobie, jak wielkich rzeczy dokonywał on jej mocą, chcemy za tę łaskę gorąco dziś Bogu podziękować. Nie możemy się zatem nigdy usprawiedliwiać, tak jak wielu agnostyków: „nie otrzymałem daru wiary”, bo byłoby to czynienie Boga kłamcą (por. 1 J 1, 10). Raczej wyznać powinniśmy pokornie, że nie zdobyliśmy się na potrzebną dociekliwość, aby łaskę tę rozpoznać, czy potrzebną odwagę, by ją przyjąć.

    Niemniej jednak, na tle wiary, jaką otrzymał Klemens, nasza może się nam wydawać nieproporcjonalnie mała. Nie miejmy jednak o to pretensji do Boga, gdyż wyznaczone nam zadanie nie dorównuje wielkości temu, które Święty miał do wykonania. Pamiętać jednak powinniśmy, że otrzymany dar z powodzeniem wystarcza do takiego przeżywania życia, aby po jego zakończeniu móc spotkać się z owym „mocarzem wiary” w niebieskiej chwale.

    Modlitwa

    Św. Klemensie, wspominając porywający przykład twojej wiary, uświadamiamy sobie, jak mizerna bywa nasza. Niemalże codziennie doświadczamy jej słabości. Powierzchowność jej wyznawania, niewiara otoczenia, złe postępowanie wiernych, a także własne słabości zdolne są zakwestionować jej pewność.

    Wydaje się nam przy tym, że być może nawet boimy się silniejszej wiary, gdyż zobowiązywałaby nas ona do godniejszego, a więc radykalniejszego życia chrześcijańskiego. Chętnie więc przystajemy na podnoszone wobec niej zarzuty. Twój przykład, Klemensie, budzi w nas pragnienie umocnienia jej. Wołamy więc do ciebie, wzmocnij swoim wstawiennictwem u Boga szczerość naszego pragnienia.

    Wyproś nam właściwe rozumienie wiary, jako osobistej odpowiedzi na słowo Boga żywego, kierowane do nas przez Jezusa Chrystusa, w Duchu Świętym, za pośrednictwem Kościoła. Wyjednaj nam u Boga siłę do jej mężnego wyznawania nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Przekonaj nas, że wiarę głosi się nie tyle ustami, ile życiem przeżywanym według jej wskazań, skoncentrowanym wokół miłości Boga i bliźniego.

    Stań przy nas, kiedy razem z Apostołami wołamy do Jezusa: „Przymnóż nam wiary”, abyśmy mężnie krocząc jej drogami przez doczesność, mogli radować się wieczną chwałą w niebie. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Dzień III. Urodzony apostoł

    Słowo Boże

    „Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch  przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: »Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie! Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: Pokój temu domowi! Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże. Lecz jeśli do jakiego miasta wejdziecie, a nie przyjmą was, wyjdźcie na jego ulice i powiedzcie: Nawet proch, który z waszego miasta przylgnął nam do nóg, strząsamy wam. Wszakże to wiedzcie, że bliskie jest królestwo Boże. Powiadam wam: Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu«” (Łk 10, 1-9).

    Rozważanie

    Relacja św. Łukasza zawiera szczegółowe wskazania Jezusa dotyczące głoszenia Dobrej Nowiny. Liczba siedemdziesięciu dwóch (niektóre kodeksy mówią o siedemdziesięciu) wysłanych uczniów podkreśla uniwersalny charakter posłannictwa. Składa się ona z sześciu dwunastek. Liczba dwanaście wskazuje natomiast na dwanaście pokoleń Izraela. Przekroczenie jej, i to aż sześć razy, świadczy o tym, że posłanie uczniów nie ograniczy się do pokoleń Izraela, ale będzie znacznie szersze.

    Wysyłanie p o dwóch miało zapewnić wiarygodność głoszonej nauce, gdyż wedle żydowskiego Prawa jedynie świadectwo dwóch mogło być prawdziwe. Uwaga Ewangelisty, że Jezus wysłał uczniów tam, „dokąd sam przyjść zamierzał”, dawała do zrozumienia, że ich pojawienie się miało przygotować na Jego przybycie. Ich słowo miało więc pełnić funkcję służebną wobec Tego, który będzie Słowem właściwym i ostatecznym.

    Wysyłanych Jezus umacnia w przekonaniu, że ich posługa jest niezbędna, a nawet wyczekiwana, podobnie jak dojrzałe zboża wyczekują przybycia żeńców.

    Domaga się też od nich bezkompromisowego zaangażowania w pełnioną misję. Mają utrzymywać się z jałmużny, nie wyszukiwać sobie lepszych mieszkań, bogatszych domów, zamożniejszych gospodarzy, smaczniejszych potraw.

    Chrystus nie ukrywa też, że obwieszczanie bliskości królestwa Bożego nie będzie łatwe. Uczniowie mają zatem przygotować się na cierpliwe znoszenie napotykanych trudności, zachowywać pogodę ducha w niepowodzeniach, gdyż żadna siła nie może powstrzymać nadejścia królestwa Bożego.

    Łukasz Ewangelista nie informuje, na ile wybór wysyłanych przez Jezusa głosicieli słowa opierał się na przymiotach naturalnych predestynujących ich do tej roli.

    ***

    Św. Klemensa nazywa się niekiedy „mężem prawdziwie apostolskim” względnie „urodzonym apostołem”. Do jego przymiotów szczególnie przydatnych dla tej posługi należały: silna osobowość, komunikatywność słowa, wytrwałość w dążeniu do celu, odporność na przeciwności, żarliwa miłość Boga, pragnienie prowadzenia ludzi do zbawienia. Dlatego nie mógł się on zrealizować ani jako piekarz, ani jako mąż i ojciec rodziny, ani jako pustelnik, ani jako zakonnik, ani nawet jako prezbiter, ale jedynie jako apostoł Jezusa Chrystusa. Aby się o tym przekonać, musiał przejść przez wiele prób, ale jego pragnienie było tak silne, że przezwyciężył je wszystkie i zrealizował się w wybitnie apostolskim zgromadzeniu zakonnym. Jako redemptorysta, został też niemal natychmiast wybrany do pełnienia niezwykle trudnej misji apostolskiej w Europie Północnej, Warszawie i Wiedniu.

    Ulubioną formą apostołowania było dla niego głoszenie słowa Bożego. Posiadało ono w jego ustach wielką moc. Jego kazania gromadziły rzesze słuchaczy. W Wiedniu powtarzano: „Jeżeli chcecie usłyszeć apostoła, idźcie do kościoła urszulanek i posłuchajcie o. Hofbauera”.

    Jego popularność nie wypływała z wrodzonego talentu oratorskiego, gdyż go nie posiadał. Styl jego kazań pozostawiał wiele do życzenia. Mówił językiem prostym, popularnym, nie wolnym od błędów. Chętnie stosował dialog. Dbał o podtrzymywanie kontaktu ze słuchaczami, często nawet przez opowiedzenie jakiegoś żartu. Siłą jego kazań była natomiast przenikająca je wiara, przejawiająca się w słowie, geście, postawie ciała i mimice twarzy. Od modlitwy je zaczynał, aktami modlitwy przeplatał i modlitwą kończył. Z tej właśnie racji słuchacze jego kazań stwierdzali: „Tak musieli przemawiać Apostołowie”.

    Głoszenie słowa wspierał sprawowaną liturgią. Miała być ona celebrowana z asystą, z czynnym udziałem ludzi świeckich, z procesjami, śpiewami oraz bogatą oprawą muzyczną. Podobnie jak głoszonym słowem, tak i w ten sposób przyciągał do Kościoła nie tylko gorliwych katolików, ale również ludzi innych religii, wyznań, a nawet niewierzących.

    Niezwykle skutecznym środkiem jego apostolstwa był konfesjonał. Popularność dobrego spowiednika zjednywała mu sława wielkiego znawcy ludzkich sumień. Od jego konfesjonału odchodzili duchowo przemienieni przedstawiciele elity kulturalno-naukowej owych czasów, a także niewierzący, protestanci i Żydzi. W Wiedniu, pomimo podeszłego wieku, spowiadał po kilka godzin dziennie, traktując konfesjonał jako jedyną dostępną mu ambonę.

    Kolejną cechą jego apostolatu była wrażliwość na znaki czasu, do których rozpoznawania i uwzględniania w pracy ewangelizacyjnej wszystkich zachęcał. Z jego postacią wiąże się aktualne do dziś powiedzenie: „Ewangelię trzeba przepowiadać na nowo”, co oznaczało zarówno głoszenie na nowo Dobrej Nowiny zapomnianej w epoce oświecenia, jak i stosowanie nowych środków jej przekazu.

    Nic tedy dziwnego, że ważnym narzędziem swego apostolstwa uczynił słowo drukowane. Założył wydawnictwo i drukarnię, popierał pisarzy, rozpowszechniał dobre książki, do czego przyczyniała się jego publiczna biblioteka.

    Ewenementem na owe czasy było angażowanie w dzieła apostolskie ludzi świeckich, nie tylko należących do zakładanych przez niego pobożnych stowarzyszeń, ale także zaprzyjaźnionych polityków, pisarzy, dziennikarzy, filozofów, poetów.

    Nie mniej nową, a dziś niezwykle aktualną działalnością było prowadzenie duszpasterstwa grupowego. W Wiedniu przybrało ono formę kierowania wspólnotami nieformalnymi gromadzącymi się w prywatnym mieszkaniu Klemensa. Oparte ono było na zasadzie przyjaźni i gościnności. Do syna czeladnika masarskiego, z zawodu piekarza, prostego kapłana, garnęli się profesorzy, prałaci, artyści, urzędnicy, żołnierze, robotnicy, młodzi, starzy, biedni i bogaci. Jego dom był stale dla nich otwarty. Nigdy nie przychodzili nie w porę. Klemens robił wrażenie, jakby na nich od dawna czekał. Zawsze był do ich dyspozycji mimo zajęć czy nie najlepszego samopoczucia. Sam też ich do siebie zapraszał, mówiąc: „Przyjdziesz dzisiaj do mnie na obiad?”. Przychodzili więc, mimo bardzo skromnych warunków lokalowych, gdyż przyciągała ich jego życzliwość. Ona budziła zaufanie i otwierała serca.

    Jego apostolat, zgodnie z charyzmatem redemptorystów, odznaczał się również uprzywilejowaniem ubogich i opuszczonych. W ten przynajmniej sposób spełniał on żywione od dawna w swoim sercu marzenie o pracy wśród szczególnie opuszczonych i zaniedbanych. Stąd w Warszawie prowadził dla nich sierocińce i szkoły, a w Wiedniu szedł do nich z kapłańską posługą.

    Urzeka do dziś otwartość jego apostolskiego spojrzenia, którym obejmował nie tylko człowieka, ale również rodziny, dzieci, młodzież, całe struktury społeczno-polityczne, elity kulturalne, a nawet duchowieństwo, propagując swego rodzaju duszpasterstwo duszpasterzy.

    ***

    Stawiając sobie przed oczy postać św. Klemensa jako „męża prawdziwie apostolskiego”, jak i jemu podobnych, podziwiamy ich dokonania. Nosimy przy sobie ich obrazki. Czcimy ich figury. Modlimy się do nich. Chcielibyśmy również spotykać ich osobiście. Posłuchać głoszonej przez nich Ewangelii, powierzać im tajemnice naszych serc w sakramencie pokuty.

    Zapominamy jednak najczęściej, że pojawić się oni mogą jedynie w społeczeństwach i rodzinach przenikniętych duchem chrześcijańskim, że rodzące się w nich powołania trzeba wspierać i rozwijać.

    A jakże często zdarza się nam zapominać, że i my mamy apostołować, gdyż zostaliśmy do tego powołani. Słowa Jezusa skierowane do uczniów: „Idźcie i głoście, przybliżyło się do was królestwo Boże”, odnoszą się również do nas. Wielkość dokonań apostolskich św. Klemensa nie powinna nas zniechęcać, gdyż wyznaczone nam zadania obliczone są na miarę naszych talentów i możliwości. Terenem ich realizacji ma być dom rodzinny, sąsiedztwo, miejsce pracy, ulica, spotkania indywidualne czy grupowe. We wszystkich okolicznościach, w których dane nam jest spotykać człowieka, powinniśmy mu swoim przykładem, zachowaniem i słowem obwieszczać bliskość i piękno królestwa Bożego.

    Modlitwa

    Św. Klemensie, twoje imię zostało „zapisane w niebie” (por. Łk 10, 10) razem z imionami tych apostołów, którzy wiernie wypełnili polecenie Pana. Wraz z całym Kościołem dziękujemy Bogu za apostolskie dzieło twego życia. Czynimy to tym gorliwiej, im pełniej uświadamiamy sobie, jak wiele mu do dziś zawdzięczamy.

    Odwołując się zaś do twej bliskości z Panem, który cię posłał, prosimy najgoręcej, abyś wyjednał nam u Jezusa dar głębszej świadomości naszego powołania do apostolstwa, ochoczego przyjęcia go, urzeczywistniania słowem oraz przykładem własnego życia. Spraw swym wstawiennictwem u Pana, abyśmy pojąć mogli, że nie ma w życiu nic piękniejszego niż wspierać się wzajemnie w drodze do osiągnięcia radości królestwa Bożego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Dzień IV. Zjednoczony z Bogiem

    Słowo Boże

    „Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6, 6-7).

    Rozważanie

    Tymi słowami Jezus przypomina, że w modlitwie najważniejsza jest czystość intencji. W jej centrum ma być Bóg. Modlić się na pokaz, publicznie, na oczach ludzi, by uchodzić za pobożnego, to parodia modlitwy. Przejawem czystości intencji jest modlitwa odmawiana samotnie, na osobności, z dala od ludzkiego widoku, nieobliczona na podziw i pochwałę. Jezus radzi więc: „wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi”, w przekonaniu, że Bóg zna twoje wewnętrzne nastawienie i jest w stanie je dostrzec, gdziekolwiek byś się znajdował.

    W słowach Jezusa nie można dopatrywać się potępienia modlitwy zewnętrznej, we wspólnocie, na oczach ludzi, ani przedkładania modlitwy prywatnej nad publiczną. Pragnie On bowiem jedynie bardzo mocno podkreślić, że najważniejsza jest postawa duchowa modlącego się, która wyraża się w ukierunkowaniu całości swego życia na Boga, w pamięci o Jego wszechobecności, w wewnętrznym zjednoczeniu się z Nim. Kto ma taką postawę duchową, jest zdolny modlić się zawsze i wszędzie: na oczach ludzi, w tłumie, przy załatwianiu absorbujących spraw, w podróży, przy wykonywaniu pracy. Nie miejsce bowiem, ale owa postawa duchowa decyduje o zaistnieniu aktu modlitwy.

    Wypracowanie jej w sobie umożliwia praktykowanie polecanej przez Jezusa modlitwy nieustannej (por. Łk 18, 1), nazywanej niekiedy „modlitwą życia”, gdyż wówczas niejako modlitwa staje się życiem, a życie modlitwą.

    ***

    Powiedzenie o jakimkolwiek świętym, że żył zjednoczony z Bogiem, może uchodzić za banał. Ale nie w odniesieniu do św. Klemensa. Jego bowiem zjednoczenie w Bogiem było szczególne. Realizowało dokładnie zalecenie Pana, by modlić się w swej „izdebce”, przy „drzwiach zamkniętych”, „w ukryciu”. Nie dlatego że Klemens unikał publicznej modlitwy, ale dlatego że, istota jego modlitwy wypowiadała się w trwałym zjednoczeniu z Bogiem, niezależnie od zewnętrznych okoliczności, w jakich się aktualnie znajdował.

    W sens i potrzebę modlitwy wprowadziła go pobożna matka. Ona to nauczyła go sposobu stałego przebywania w obecności Boga, który przenika do wyznawanej wiary i codziennego życia. To matka przekonała go o pięknie modlitwy psalmami. W szczególności ulubionym jej Psalmem 90 rozpoczynającym się od słów: „Panie, Ty dla nas byłeś ucieczką z pokolenia na pokolenie”, który za jej przykładem Klemens często odmawiał, zwłaszcza w trudnych momentach życia.

    Przekonany od najmłodszych lat o wartości i potrzebie modlitwy oburzał się on na obiegowe powiedzenie „zabijać czas”. Kiedy je słyszał, mówił: „Jeśli ci ludzie nie wiedzą, co zrobić z czasem, niech się modlą”. W jego poglądach na temat modlitwy utwierdził go założyciel redemptorystów św. Alfons Liguori wyznawaną zasadą: „Kto się modli, ten się zbawi, kto się nie modli, ten się potępi”, którą poznał z jego dzieł.

    Swoje przekonanie ujawnił w radzie, jakiej udzielił swemu kuzynowi nadmiernie poświęcającemu się studiom, mówiąc: „Mniej czytaj, a więcej się módl, jeśli nie chcesz w przyszłości źle skończyć”.

    Charakterystyczną cechę modlitwy jako stałego zjednoczenia z Bogiem ugruntowało jego ośmioletnie życie pustelnicze. Nauczyło go ono umiłowania samotności i nieustannego trwania w obecności Bożej. Sprawiło ono również, że zachował w sobie coś z pustelnika do końca swoich dni. Jako człowiek czynu, nosił w sobie pragnienie samotności i modlitwy.

    By je zaspokoić, stworzył w swoim wnętrzu pewnego rodzaju „pustynię”, „odosobnioną komórkę”, jakby „małe oratorium”. W gwarze życia, przy załatwianiu różnych spraw, w trudnościach, zmartwieniach, niepowodzeniach, podczas przebywania w głośnym towarzystwie Klemens chronił się w tej wewnętrznej samotni, by przestawać sam na sam z Bogiem. Trwać w Jego obecności.

    Podłożem owego pragnienia była miłość ku Bogu, która stale go ożywiała. W chwilach przeznaczonych wyłącznie na modlitwę jego miłość ku Niemu się umacniała, zacieśniała się więź z Nim, co umożliwiało miłosne trwanie w Bożej obecności w ciągu całego dnia, czyli praktykę nieustannej kontemplacji Pana. Zachęcał też innych do odważnego zanurzania się w tę rzeczywistość, powtarzając: „Jak kamień wpada w wodę, tak ty rzuć się w ręce miłosiernego Boga”.

    Bardzo cenił sobie modlitwę liturgiczną i wprowadzał w nią wiernych. Stąd wypływała jego troska o bogatą oprawę nabożeństw, a zwłaszcza Mszy św. Eucharystia była tak w centrum jego duchowości, jak i w centrum jego modlitwy. Uczestnicy sprawowanej przez niego liturgii podkreślali, z jakim przejęciem odprawiał Msze św., a kiedy niósł w procesji Najświętszy Sakrament, zadawało się, „jakby go całkowicie pochłaniała bliskość Jezusa Chrystusa obecnego”. W miarę możliwości starał się trwać długo przed tabernakulum, rozmawiając z Jezusem jak przyjaciel z przyjacielem. Bardzo też polubił książeczkę św. Alfonsa Nawiedzenia Najświętszego Sakramentu, przełożoną na język polski przez Jana Podgórskiego CSsR, a wydaną w jego własnej drukarni w 1802 roku.

    Trwanie w obecności Boga dopomagało mu w rozpoznawaniu i umiłowaniu Jego woli w zachodzących wydarzeniach. Wyrażały to jego modlitewne westchnienia: „Nie to, czego ja chcę, lecz to, czego chce Bóg”; „Wszystko na chwałę Bożą”; „Złóżmy całą naszą ufność w Bogu. Bogu bowiem należy ufać wbrew wszelkiej nadziei, albowiem to, co ludziom wydaje się niemożliwe, jest możliwe u Niego”. Ulubiona pieśń, jaką niemalże codziennie nucił sobie z cicha, zawierała słowa: „Wszystko mojemu Bogu na chwałę”.

    ***

    Przywołując sobie na pamięć sposób modlitwy św. Klemensa, myślimy o sobie. Modlitwa jest wyrazem wiary. Jakość modlitwy jest wyrazem jakości naszej wiary. Powierzchowność modlitwy oznacza zaś powierzchowność wiary. Pomimo upływu lat ciągle jest w nas wiele piętnowanej przez Jezusa obłudy, chęci zaimponowania ludziom, liczenia na szybką nagrodę chociażby w postaci wymuszonego uznania nas za pobożnych. Wiele jest też ulegania swego rodzaju duchowej schizofrenii polegającej na wypowiadaniu słów modlitwy bez troski o pełnienie woli Bożej w życiu codziennym; koncentrowania się na wyrecytowaniu modlitewnego tekstu z zagubieniem istoty modlitwy, jaką jest trwanie w obecności Boga, w stałym z Nim zjednoczeniu w ciągu dnia. Zwracamy się do Niego jedynie w chwili potrzeby, a zapominamy o dziękczynieniu za tyle nieustannie otrzymywanych darów. Mało cenimy sobie Eucharystię jako centralną dziękczynną modlitwę Kościoła, a chętnie zastępujemy ją prywatnymi westchnieniami.

    Modlitwa

    Św. Klemensie, dziękujemy dziś Bogu za specjalny charyzmat modlitwy, jakim cię obdarzył, stosownie do powierzanych ci zadań. Boga nie zawiodłeś. Otrzymanego daru nie zmarnowałeś, ale go rozwinąłeś, stając się dla nas niedoścignionym wzorem.

    Zachwyceni twoją modlitwą pragniemy, chociaż w części, modlić się na twój wzór. Swoim wstawiennictwem u Boga wyproś nam spełnienie naszych pragnień. Tak często narzekamy, że obowiązki, trudności życiowe, niedyspozycje zdrowotne utrudniają nam, jeśli nie uniemożliwiają, modlitwę. Kiedy znajdziemy na nią czas, modlimy się mechanicznie, mamy trudności ze skupieniem, brak nam poczucia żywego kontaktu z Bogiem.

    Wyproś nam coś z tego daru, jakim obdarzył Cię Stwórca, aby nasza modlitwa zamieniała się w stałe zjednoczenie z zawsze i wszędzie obecnym Bogiem. Aby nasze myśli, pragnienia, uczucia nieustannie zwracały się w stronę Eucharystii, ku Jezusowi stale między nami obecnemu. Aby umacniane na modlitwie zjednoczenie z Bogiem ułatwiało nam trwanie przy Nim, mimo rozpraszającej codzienności naszego życia. Aby pomagało w wiernym odczytywaniu i wypełnianiu Jego woli, aż do spotkania się w tobą w obcowaniu świętych, w radosnej modlitwie uwielbienia Boga w wieczności. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Dzień V. Wierny Kościołowi

    Słowo Boże

    „Jezus pytał swych uczniów: »Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?«. A oni odpowiedzieli: »Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków«. Jezus zapytał ich: »A wy za kogo Mnie uważacie?«. Odpowiedział Szymon Piotr: »Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego«. Na to Jezus mu rzekł: »Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie«” (Mt, 16, 13-20).

    Rozważanie

    Szymon Piotr zdobywa się na wyznanie wiary w Boską godność Jezusa. Jedynie on. Żaden z pozostałych Apostołów tego no zrobił. Jezus chwali odpowiedź Piotra. Czuje się także zobowiązany wyjaśnić zdumionym uczestnikom wydarzenia, że poprawna odpowiedź ucznia nie była jego autorstwa, gdyż udzielał jej na mocy otrzymanego oświecenia od Boga. Dar ten podkreślał wybranie Piotra do spełnienia niezwykłych zadań w historii zbawienia. O ich ważności świadczy zmiana imienia Szymon na Piotr (gr. petros – skała). Jego zadaniem będzie stać się trwałym fundamentem domu Kościoła, którego wzniesienie zapowiedział Jezus. Tak niewzruszonym, że „bramy piekielne go nie przemogą”.

    Piotr otrzymuje też klucze, czyli prawo zarządzania, związywania i rozwiązywania, a więc pełnię władzy duchowej. Podejmowane przez niego decyzje będą respektowane w niebie. Aczkolwiek otrzymywane władze odnosiły się również do innych Apostołów, rozumieli oni jednak, że Piotr będzie im przewodził, a oni będą musieli go słuchać.

    ***

    Św. Klemens żył tajemnicą Kościoła i z upodobaniem ją głosił. Jednym z częstych tematów jego kazań była prawda: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Podejmował go nie tylko z potrzeby wypowiedzenia swej wiary, ale również z potrzeby czasu naznaczonego niechęcią, a niekiedy wprost nienawiścią do Kościoła. Ideologie józefinizmu i gallikanizmu zmierzały do całkowitego upolitycznienia i podporządkowania go sobie. Laickie prądy umysłowe oświecenia uważały Kościół za wroga postępu, zagrożenie wolności człowieka i zawadę na drodze jego rozwoju.

    Klemens najbardziej jednak bolał nad tym, że do negatywnej opinii o Kościele przyczynia się brak gorliwości jego członków. Widząc to, wołał z bólem: „Jakże może ktoś mieć Boga za Ojca, a nie chce mieć Kościoła za matkę?”.

    Z powodu gorliwej obrony Kościoła uważany był nie tylko za katolickiego fanatyka, ale również za ukrytego jezuitę czy wprost agenta Watykanu. Z tego też powodu niemalże stale był inwigilowany przez tajne służby, często przesłuchiwany, a niekiedy czasowo również więziony. To było też sprytnie ukutym pretekstem do wypędzenia Klemensa i jego współbraci z Warszawy i objęcia go stałą inwigilacją w Wiedniu.

    Zewnętrznym wyrazem miłości do Kościoła było przywiązanie Klemensa do papieża, jako namiestnika Chrystusowego na ziemi. Stąd jego miłość do Rzymu, do którego wiele razy pielgrzymował, nie jako turysta, ale jako pątnik-pokutnik, pieszo, sam lub z przyjaciółmi.

    W czasach, kiedy niechęć do Kościoła przekładała się na niechęć do duchowieństwa, tym bardziej do zakonów, miłość Klemensa do niego przejawiała się w szacunku, jakim darzył przedstawicieli kościelnej hierarchii, oraz posłuszeństwie wobec własnych przełożonych zakonnych. Była to również usilna troska o powołania nie tylko do własnego Zgromadzenia, ale i do innych zgromadzeń, w tym żeńskich, a także do seminariów duchownych.

    Miłość Klemensa miała znamię „katolickości”, polegającej na trosce o sprawy Kościoła powszechnego. Zawsze głosił Kościół otwarty dla wszystkich, charakteryzujący się nastawieniem, powiedzielibyśmy dziś, ekumenicznym. Podkreślając zatem potrzebę jedności w podstawowych przekonaniach religijnych, szanował indywidualne poglądy innych. Dzięki swoim godnym podziwu szerokim horyzontom wprowadził do Kościoła wielu ludzi nie tylko odmiennych wyznań czy religii, ale również niewierzących.

    Dzięki owej wizji Kościoła otwartego zjednywał sobie zwolenników spośród wyższych warstw społecznych, nieraz niechętnie nastawionych do religii. Przy ich pomocy wywarł wpływ na kongres wiedeński, który uznał obecność chrześcijaństwa w sferze publicznej, co przyczyniło się do odrodzenia katolickiego życia religijnego w Wiedniu, a nawet umożliwiło uregulowanie stosunków pomiędzy Kościołem a państwem austriackim przez zawarcie konkordatu.

    ***

    Uświadommy sobie w tej chwili, że należymy do tego samego Kościoła, do którego należał św. Klemens, który miłował, którego bronił i któremu dochowywał heroicznej wierności w przeróżnych przeciwnościach. Bywa jednak tak, że o tym nie pamiętamy. Dlatego w całości naszego życia religijnego świadomość przynależności do Kościoła, jego roli w naszym życiu, schodzi na dalszy plan. Wydaje się nam niekiedy, że przecież moglibyśmy się obyć bez niego, posługę duchownych zastąpić bezpośrednim zwracaniem się do Boga, wspólne liturgiczne zgromadzenia sprowadzić do osobistych praktyk religijnych, zasady wiary czerpać z indywidualnie rozważanego Pisma Świętego. Nic bardziej błędnego. Postać św. Klemensa dowodzi, że bez Kościoła nie ma ani wiary, ani świętości życia, ani wiecznego zbawienia. Wszak Kościół to Chrystus. W chwilach słabości powtarzajmy za św. Klemensem: „Jakże mógłbym mieć Boga za Ojca, jeśli nie chciałbym mieć Kościoła za matkę?”.

    Modlitwa

    Św. Klemensie, ty za swoją wierność Kościołowi na ziemi cieszysz się już przebywaniem w Kościele chwały zbawionych. Wierząc w skuteczność twej modlitwy, prosimy cię, wyproś nam u Boga dar umiłowania Kościoła pielgrzymującego w doczesności, dar wierności głoszonej przez niego Ewangelii, dziecięcego posłuszeństwa Następcy Chrystusa. Swoją modlitwą wzmocnij w nas pragnienie dawania dobrego świadectwa Kościołowi, do którego nie tylko należymy, ale który współtworzymy, kształtujemy jego widzialne oblicze. Ustrzeż nas przed niebezpieczeństwem stania się jego bolesną raną. Swoim przykładem zmobilizuj nas do odważnej obrony Kościoła w czasie pojawiających się niesprawiedliwych na niego ataków. Wierząc w twoje potężne wstawiennictwo u Boga, ufamy, że nasza modlitwa będzie wysłuchana. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Dzień VI. Krzewiciel redemptorystów

    Słowo Boże

    „Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce niemające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: »Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił  robotników na swoje żniwo«” (Mt 9, 35-37).

    Rozważanie

    W wędrówce przez wsie, miasta i miasteczka towarzyszą Jezusowi przygodni wędrowcy oraz stali uczniowie. Wypowiadane przez Niego słowa słyszeli wprawdzie wszyscy obecni, ale były one skierowane przede wszystkim do uczniów. To z nimi dzieli się swoim zmartwieniem z powodu braku głosicieli Ewangelii. Uczniowie przyznawali zapewne Jezusowi rację, widząc, że prowadzona przez Niego działalność jest ponad siły jednego człowieka i domagałby się szybkiego wsparcia. Widzieli także, że ludzie potrzebują głosicieli jak owce pasterzy, bo inaczej się pogubią; jak dojrzałe do żniw pola żeńców, bo inaczej nie będzie można zebrać plonów.

    Charakterystyczne, że Jezus za środek służący powiększeniu liczby głosicieli Dobrej Nowiny uważa modlitwę. Zwrócenie uwagi na jej konieczność oznacza, że wedle Niego całe dzieło zbawienia będące w rękach Boga wymaga ludzkiego współdziałania i wysiłku. Obraz żniw nadaje słowom Jezusa eschatologiczną powagę. Odwołuje się bowiem do końca czasów, które będą czasami żniwa ostatecznego, połączonego z oddzielaniem i przeznaczeniem na spalenie zbytecznych chwastów. Tym zaś mniej będzie zgubionych owiec i odrzuconych chwastów, im więcej będzie pasterzy i żeńców gorliwie wypełniających powierzone im zadania.

    ***

    Dla św. Klemensa wizja Jezusa litującego się na ludźmi błąkającymi się jak owce niemające pasterza oraz skarga na niedostateczną liczbę żniwiarzy była wyzwaniem nie tylko do osobistej gorliwości apostolskiej, ale i troski o powołania do stanu kapłańskiego i zakonnego, przede wszystkim do własnego misjonarskiego Zgromadzenia.

    Miłość Klemensa do redemptorystów rozpoczęła się od miłości do ich założyciela św. Alfonsa Liguoriego (1679-1878), z którego pismami zapoznał się już jako student na Uniwersytecie Wiedeńskim.

    Wprawdzie z powodu trudności politycznych nie doszło do osobistego spotkania obu Świętych, ale wiadomo było, że Alfons poinformowany o przyjęciu do redemptorystów Klemensa wraz z jego towarzyszem, pochodzących z Europy Północnej, wyraził radość i nadzieję na rozszerzenie Zgromadzenia poza Italię.

    O fascynacji Klemensa postacią Alfonsa świadczy fakt, że jako przełożony redemptorystów poza Włochami 2 kwietnia 1818 roku wysłał list do papieża Piusa VII z prośbą o zaliczenie Założyciela w poczet świętych.

    Klemens odnalazł w Zgromadzeniu zaspokojenie wszystkich swoich pragnień dotyczących samotności, modlitwy, ascezy oraz życia apostolskiego. Pokochał je więc całym sercem, jego Regułę traktował jako wyraz woli Bożej, której zawsze starał się być wierny. Z radością też przyjął powierzone mu zadanie rozprzestrzeniania swojego Zgromadzenia poza kraje alpejskie.

    Owego zadania nie traktował jednak jako ekspansji jakiejś kościelnej instytucji czy też wyrazu partykularnej miłości do własnej wspólnoty zakonnej, ale przede wszystkim jako dążenie do powiększania liczby głosicieli Chrystusa.

    Po przyjęciu sakramentu święceń wraz ze swym towarzyszem Tadeuszem Hüblem zostaje wysłany do Wiednia w celu założenia klasztoru redemptorystów. Kiedy okazuje się to niemożliwe, z podobną misją udaje się na tereny dzisiejszej Białorusi, czyli zabrane Polsce przez Rosję w czasie pierwszego rozbioru (1772).

    Opatrzność Boża zatrzymuje go jednak w Warszawie, gdzie ofiarnie poświęca się pełnieniu podobnej misji. Odbywa w tym celu wiele trudnych podróży. W towarzystwie współbrata zakonnego wędruje, najczęściej pieszo, nie zważając na wichry, deszcze, śniegi, mrozy czy upały; dźwiga ze sobą rzeczy mu najpotrzebniejsze, nocuje w przygodnych miejscach. Kiedy zakładanie klasztorów w Polsce okazuje się utrudnione z powodu nieprzychylności władz zaborczych, szuka takich możliwości poza jej granicami, odbywając liczne podróże po całej niemalże ówczesnej Europie. Myśli również o zakładaniu klasztorów w pozaeuropejskich krajach.

    Gigantyczny trud okazuje się daremny. W momencie jego śmierci nie funkcjonuje właściwie żaden z około kilkunastu założonych przez niego klasztorów. Ale rzecz godna podziwu, że trud ten zaczyna owocować po jego śmierci. Przewidywał to zresztą sam Klemens, mówiąc: „Po mojej śmierci Zgromadzenie rozprzestrzeni się wśród wielu narodów”.

    Tak się też stało. Najprawdopodobniej już w dniu jego odejścia do Pana cesarz wydał zgodę na osiedlenie się redemptorystów w Austrii. Następuje szybkie rozprzestrzenianie się Zgromadzenia. To, że redemptoryści rozsiani są dziś po całej Europie, Ameryce, Azji, Afryce, Oceanii jest dziełem św. Klemensa. On zaś sam słusznie bywa nazywany drugim założycielem Zgromadzenia.

    Dla redemptorystów był on, jest i będzie człowiekiem opatrznościowym, przez którego Bóg wyraził swoją wolę nie tylko zachowania ich Zgromadzenia, ale i jego rozprzestrzenienia się na cały świat. Klemens pragnął bowiem, aby spełnili oni zadanie podtrzymywania i pogłębiania pobożności, osłabionej w owym czasie przez laicyzujące nurty oświecenia. Czynili to głównie przez głoszenie misji ludowych, tak skutecznie, że XVIII wiek nazywa się niekiedy wiekiem redemptorystów. Działalność tę kontynuowali też w następnych stuleciach i kontynuują na różne sposoby w epoce nowej ewangelizacji.

    ***

    Działalność Klemensa na rzecz rozkrzewienia redemptorystów jest nam o tyle bliska, że niejednokrotnie korzystaliśmy i korzystamy z ich posługi. Dziś szczerze mu dziękujemy za sprowadzenie ich do Polski. Wyrazem tej wdzięczności niech będzie stała modlitwa o trwanie w nich owej apostolskiej gorliwości, jaką on promieniował; troska o rozwój Zgromadzenia, które tak bardzo cenił i miłował; podejmowanie działań na rzecz budzenia u młodych pragnienia bycia redemptorystą; podtrzymywanie rodzących się powołań; szanowanie powołań już zrealizowanych, przez życzliwe odnoszenie się do nich; poświadczanie gorliwością swego życia chrześcijańskiego skuteczności ich pracy; wspieranie swoim zaangażowaniem prowadzone przez nich dzieła.

    Modlitwa

    Św. Klemensie, wspominamy z radością, jak gorliwym byłeś redemptorystą. Twoja heroiczna wierność charyzmatowi Zgromadzenia doprowadziła cię do przeżywania radości w królestwie niebieskim, w gronie zbawionych redemptorystów, otaczających swego świętego Założyciela, którego za życia nie było ci dane osobiście spotkać. Licząc na twoje względy u Boga, wysłużone gorliwym głoszeniem Jego Obfitego Odkupienia, wołamy do ciebie, wstawiaj się za Zgromadzeniem Redemptorystów, aby pozostawało wierne swemu apostolskiemu charyzmatowi dla dobra Kościoła i dla nas, którzy pozostajemy z nim w duchowej jedności. Zabiegaj nadal o jego rozwój, błagając Pana, aby nowe powołania zasilały szeregi redemptorystów oddanych głoszeniu Chrystusowego Odkupienia. Nowa ewangelizacja potrzebuje nowych ewangelizatorów, w tym świętych redemptorystów, którzy chcieliby za twoim przykładem „na nowo głosić Ewangelię” w świecie tak bardzo jej potrzebującym. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Dzień VII. Niezłomny w przeciwnościach

    Słowo Boże

    „Wydadzą was na udrękę i będą was zabijać, i będziecie w nienawiści u wszystkich narodów, z powodu mego imienia. Wówczas wielu zachwieje się w wierze; będą się wzajemnie wydawać i jedni drugich nienawidzić. Powstanie wielu fałszywych proroków i wielu w błąd wprowadzą; a ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. A ta Ewangelia o królestwie będzie głoszona po całej ziemi, na świadectwo wszystkim narodom. I wtedy nadejdzie koniec” (Mt 24, 9-14).

    Rozważanie

    Okazuje się, że bycie uczniem Jezusa nie będzie sielanką. Wymagać będzie hartu ducha, psychicznej wytrzymałości, niekiedy wprost bohaterstwa. Napotykane trudności wynikać będą z samego głoszenia Jezusa Chrystusa. Nie wszystkim wystarczy męstwa, by dotrzymać Mu wierności. Wielu się załamie. Wzrośnie nienawiść pomiędzy ludźmi, pojawią się wzajemne oskarżenia wśród braci, podłe donosy do prześladowców. Pojawią się fałszywi głosiciele Ewangelii, którzy siać będą zamęt wśród ludu, osłabiać jedność, wprowadzać nienawiść. Bohaterem okaże się ten, kto wytrwa w przeciwnościach, zachowując w sobie nadzieję na powtórne przyjście Chrystusa jako sprawiedliwego sędziego żywych i umarłych. W ów bowiem dzień wszystkie trudy i cierpienia wiernych uczniów Pana zamienią się w niewypowiedziany tryumf.

    ***

    Życie św. Klemensa dowodzi, że zapowiedź Jezusa nie była przesadą. Sprawdzała się w jego życiu niemalże dosłownie. Od najmłodszych lat Opatrzność Boża przygotowywała go do mężnego znoszenia przyszłych doświadczeń, wzbudzając w nim umiłowanie krzyża Chrystusowego.

    Już jako młodzieniec chętnie brał krzyż na ramiona i wędrował z nim ze swej pustelni (w Pölzerwald) do sanktuarium Ubiczowanego Jezusa (w Mühlfrauen). Było to, w jego przypadku, coś tak naturalnego i częstego, że postronni obserwatorzy jego pielgrzymek nazywali go „nosicielem krzyża”. Pielgrzymi krzyż przywołuje na pamięć o wiele cięższy krzyż, jaki na jego barki włożyło życie.

    W wieku zaledwie sześciu lat traci ojca. Jego młode lata naznaczone są doświadczeniem trwającej długo wojny ze wszystkimi jej biedami. Musi pokonywać trudności materialne w ukończeniu szkoły oraz zdobywaniu podstawowego wykształcenia w celu osiągnięcia upragnionego kapłaństwa.

    Jego działalność apostolska od samego początku najeżona jest, zdawać by się mogło, trudnościami nie do pokonania. Pracę w Warszawie rozpoczyna bez jakiegokolwiek zabezpieczenia materialnego, licząc jedynie na Bożą Opatrzność.

    W trudnościach podtrzymuje go na duchu życzliwość nuncjusza apostolskiego w Polsce, prymasa Polski, którym był rodzony brat króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, oraz samego króla.

    Ale duża część mieszkańców Warszawy, w tym i duchowieństwa, darzy go niechęcią. Wypływała ona po części z uprzedzeń do Niemców, do których był zaliczany, po części z nieufności do zakonników, po części z osiągnięć duszpasterskich i popularności wśród ludu. Dla wielu z nich nie do zniesienia była sama świętość życia i radykalizm apostolski jego i jego współbraci. Byli oni dla nich wyrzutem sumienia, którego dobrze byłoby się pozbyć.

    Do tego dochodziła wrogość masonerii, wolnomyślicielstwa, bogatych imigrantów niemieckich robiących nieuczciwe interesy w Warszawie. Szydzono więc z jego działalności, wyśmiewano uczestników nabożeństw, zarzucano mieszanie się do polityki, buntowanie ludności przeciwko rządowi, mężczyzn przeciwko służbie wojskowej, rozszerzano plotki, oszczerstwa i pomówienia, organizowano kampanię nienawiści w miejscach publicznych. Zdarzało się grożenie śmiercią samemu Klemensowi.

    Nie omijały go również kłopoty wewnętrzne, związane z porozumieniem się i zrozumieniem w gronie własnej wspólnoty. Cierpiał też z powodu problemów dotykających jego współbraci, ich chorób, zdarzających się pobić, a nawet śmierci. Szczególnie ciężko przeżył śmierć swego przyjaciela i wiernego towarzysza wypraw apostolskich, o. Tadeusza Hübla, który zmarł w wojskowym szpitalu po zarażeniu się tyfusem, opiekując się chorymi.

    Wiele kosztowało go także opanowywanie swego gorącego, wybuchowego charakteru, aby nie utrudniał mu właściwych relacji z innymi.

    Dochodziły do tego trudności w porozumieniu się z własnymi przełożonymi zakonnymi w Rzymie, nie tylko z powodów geograficzno-politycznych, ale także z powodu trudności zrozumienia przez nich innych uwarunkowań kulturowych, klimatu oraz wynikającej stąd potrzeby stosowania odmiennych sposobów apostołowania i formacji młodych redemptorystów.

    Trwałą przyczyną zmartwień były niepowodzenia związane z zakładaniem nowych klasztorów, losy współbraci klasztorów likwidowanych, niemożność osiedlenia się redemptorystów nigdzie na stałe.

    Nie można się zatem dziwić, że wspomniane trudności były dla niego ciężkimi przeżyciami, które wywołały w nim stany złego samopoczucia, rozgoryczenia, bezsenności i przygnębienia. Stawały się też przyczyną wielu chorób, na jakie często zapadał.

    Szczytem traumatycznych doświadczeń była likwidacja warszawskiej placówki, w tym wszystkich prowadzonych dzieł, wypędzenie w Warszawy w 1808 roku, związane z tym przesłuchania, uwięzienie w twierdzy Kostrzyn, a następnie wymuszona emigracja do Wiednia oraz rozpoczynanie, w starszym już wieku, nowego etapu życia.

    Zainaugurował go pobytem w areszcie za rzekome przemycanie przez granice przedmiotów religijnego kultu. Po jego opuszczeniu czekało go życie w biedzie, błąkanie się po wynajętych mieszkaniach, przy nieustannych kontrolach i inwigilacjach władz politycznych, czasowym zakazie wygłaszania kazań. Umiera w obcym domu, w ubogim mieszkaniu, poza klasztorem umiłowanego przez siebie Zgromadzenia.

    Można by powiedzieć, że gdziekolwiek się pojawił, budził sprzeciw. Miał tego bolesną świadomość, mówiąc: „Byli tacy, którzy całowaliby moje stopy, ale o wiele liczniejsi byli ci, którzy chcieliby obrzucić mnie błotem”.

    Na ruinach swoich apostolskich dzieł nigdy nie przestawał ufać Bożej Opatrzności. Przed ostatecznym załamaniem chroniło go, wypływające z żywej wiary, niezachwiane zaufanie Bogu. Po likwidacji kolejnego klasztoru mówił: „Odwagi, Bóg wszystkim kieruje. W tym beznadziejnym położeniu poddałem się całkowicie Jego woli”. Po doznanym niepowodzeniu, cierpliwie rozpoczyna realizację kolejnego swego przedsięwzięcia. Kiedy Matka Teresa z Kalkuty nazwała siebie „świętą od ciemności”, Klemens mógłby się słusznie nazwać „świętym od niepowodzeń”.

    ***

    Życie św. Klemensa dowodzi, że powiedzenie, iż „Bóg krzyżuje tych, których miłuje” odnosi się nie tylko do umierającego na krzyżu Jego Umiłowanego Syna, do życia wielkich świętych, ale i do nas. Jeśli życie człowieka nie jest wolne od różnego typu przeciwności, to tym bardziej życie ludzi Jemu oddanych. Widocznie są im one potrzebne do osiągnięcia duchowej dojrzałości, całkowitego zaufania Bogu, odpokutowania za grzechy i zdobycia wiecznego zbawienia. Otrzymanie zadawalającej odpowiedzi na dręczące nas niekiedy pytanie: „Dlaczego właśnie ja?”, musimy odłożyć na przyszłe życie. Teraz zaś, za przykładem Klemensa, powinniśmy uczyć się dostrzegać we wszystkim woli Dobrego Boga. Przy Jego pomocy mężnie znosić spotykające nas, często niezrozumiałe, nieprzewidywalne i zaskakujące doświadczenia, w nadziei, że „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”.

    Modlitwa

    Św. Klemensie, który zadziwiałeś nas za swego życia niezłomnością w znoszeniu napotykanych przeciwności, wypraszaj nam u Boga dar cierpliwego przyjmowania nieuniknionych trudności życiowych. Dar niezłomnego zaufania Bogu, abyśmy, podobnie jak ty, umieli dopatrywać się przedziwnych zrządzeń Bożej Opatrzności, nawet wówczas, gdy prowadzi nas Ona ciernistą drogą w urzeczywistnianiu wspaniałych obietnic swej miłości. Wypraszaj nam dar wytrwałości również wtedy, gdy nie dostrzegamy widzialnych skutków naszych modlitw i poświęceń, jakie szczerze podejmujemy dla dobra bliźnich i rozwoju Kościoła. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Dzień VIII. Czciciel Maryi

    Słowo Boże

    „Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: »Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana«” (Łk 1, 39-45).

    Rozważanie

    Odczytany fragment Ewangelii ukazuje Maryję w drodze do swej krewnej Elżbiety. Jaki jest cel Jej podróży? Czy pragnie się przekonać o prawdziwości słów Gabriela, co by zapowiadało spełnienie się zapowiedzi anioła do Niej skierowanych? Nic podobnego! Maryja wierzyła jego słowom o obydwu ciążach, Elżbiety i swojej. Idąc z pośpiechem w góry, niosła Ją radość. Ona ułatwiła Jej pokonanie siedmiu kilometrów, jakie oddzielały Nazaret od Ain-Karim, będące – wedle tradycji – miejscem zamieszkiwania krewnej.

    Szczegóły geograficzno-historyczne nie są jednak tutaj najważniejsze. Najważniejsze jest to, że Elżbieta pod wpływem Ducha Świętego roz poznaje sytuację Maryi oraz misję Dziecka obecnego w Je j łonie, o czym świadczą słowa powitania: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła”.

    Słowa Elżbiety rozpoczynają kult Maryi jak o Matki Boga. Zostały one wypowiedziane nie tylko ze względu na samą Maryję, ale również na obecne w Jej łonie Dziecko. Ten rod zaj pochwały potwierdza Matka Jezusa, odpowiadając na pozdrowienie Elżbiety słowami: „Wielbi dusza moja Pana”.

    ***

    Postać Maryi posłusznej Bogu, która z Jezusem pod sercem spieszy do swej krewnej, by jej pomóc, była bardzo bliska Klemensowi, gdyż dobrze wyrażała jego apostolskie powołanie. Dlatego też miłość do Maryi przenikała całe jego życie. Była jakby naturalną skłonnością jego serca.

    Wyniósł ją przecież z domu rodzinnego. Zaszczepiła ją w nim jego pobożna matka. Rozwijał ją nadal w wieku młodzieńczym. Duchowy związek, jaki istniał pomiędzy Klemensem a Matką Najświętszą, dokonał się wówczas, kiedy wiodąc życie pustelnicze, czyli radykalne życie Ewangelią, zaczął dodawać do swego imienia imię Maria. W jednym z listów pisał, że przedłużanie w ten sposób swego nazwiska sprawia mu dużą satysfakcję.

    Obranie Jej imienia za swoje oznaczało nie tylko przylgnięcie do Niej jak syna do Matki, uciekanie się pod Jej opiekę, ale również upodabnianie swego życia do Jej życia. Objawiało się ono w poczuciu, że jest on, tak jak Maryja, sługą Pana, w zawierzeniu się Bogu na Jej wzór, w spieszeniu z pomocą potrzebującemu człowiekowi i wyśpiewywaniu w każdej życiowej sytuacji: Wielbi dusza moja Pana.

    Swoją miłość do Maryi umocnił u redemptorystów, którzy odznaczali się szczególną Jej czcią, za przykładem swego założyciela, św. Alfonsa Liguoriego. Jego cenione do dziś dzieło Wysławianie Maryi było najprawdopodobniej znane Klemensowi. Nieobca mu zaś na pewno była miłość, jaką redemptoryści żywili do Maryi będącej patronką ich Zgromadzenia.

    Jednym z najbardziej zauważalnych przejawów pobożności maryjnej Klemensa było częste odmawianie różańca. Praktykę tę wyniósł z domu rodzinnego. Nic tedy dziwnego, że stał się on jego ulubioną modlitwą na całe życie. Idąc ulicą, w wolnych chwilach, we własnym mieszkaniu, prawie zawsze trzymał w ręku różaniec. Odmawianie go należało też do stałych praktyk zakładanych przez niego bractw. Obowiązkiem ich członków było również propagowanie tej modlitwy, uzasadnianie jej piękna i obrony wobec podważających jej znaczenie. Klemens miał też piękny zwyczaj poświęcania i rozdawania różańców swoim przyjaciołom, znajomym i studentom, czy to w Warszawie, czy później w Wiedniu.

    Czynił tak, ponieważ miał osobiste doświadczenie skuteczności tej modlitwy, zwłaszcza skuteczności apostolskiej. Dlatego udając się gdzieś z posługą, po drodze odmawiał różaniec. Wybierając się do chorego, który mieszkał na odległym przedmieściu, mawiał: „Cieszę się, kiedy chory mieszka daleko od centrum miasta, gdyż po drodze będę mógł odmówić różaniec, a nie przypominam sobie wypadku, żeby chory się nie nawrócił, kiedy w drodze do niego zdążyłem odmówić różaniec”.

    Obok tej formy modlitwy, jego miłość do Matki Bożej wyrażała się w chętnym odwiedzaniu Jej sanktuariów. Częstym miejscem jego pielgrzymek było Mariazell, centrum kultu maryjnego w Austrii, do którego starał się przybywać pieszo przynajmniej raz w roku. Uroczyście obchodził święta Matki Bożej, zwłaszcza ulubione przez siebie święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny. Wygłaszał też żarliwe kazania o Matce Bożej.

    Rzecz godna uwagi, że umiera w czasie dzwonienia na Anioł Pański. Ostatnią na tej ziemi zachętę, jaką skierował do zgromadzonych przy jego łożu przyjaciół, było wezwanie do odmawiania tej przepięknej maryjnej modlitwy: „Módlcie się, dzwonią na Anioł Pański”. Z tymi słowami na ustach poszedł na spotkanie z Nią w wieczności.

    ***

    Droga życia duchowego św. Klemensa jest również naszą drogą. By owocnie ją przebyć, mamy i my, za jego przykładem, obrać sobie Maryję za szczególną orędowniczkę u Boga. Dzięki temu przeżył on swoje życie tak owocnie, że zostało ono uznane za heroicznie chrześcijańskie, a on oficjalnie zaliczony w poczet świętych Kościoła katolickiego. Dziś zaprasza nas, byśmy ową „Błogosławioną, która uwierzyła”, obrali sobie również za przewodniczkę i poddawali się Jej duchowemu kierownictwu. Zaprasza nas to tego sam Jezus, którego w swoim łonie niosła Maryja do Elżbiety. Podobnie jak kiedyś z krzyża do Jana Apostoła, dziś mówi On do mnie: „Oto Matka twoja”.

    Modlitwa

    Św. Klemensie, urzeka nas twoja miłość do Maryi. Do swego imienia dodałeś nawet Jej imię, aby twoje życie całkowicie upodabniało się do Jej życia. Tego nam tak bardzo potrzeba. Nasza bowiem miłość do Maryi tak często jest powierzchowna, sentymentalna, tradycyjna, patriotyczno-narodowa, daleka od naśladowania Jej postawy wobec Boga i bliźniego. Czcimy Ją bardziej słowami niż życiem.

    Autentyczność twojej miłość do Maryi doprowadziła cię do spotkania z Nią w domu Boga. Opromieniony chwałą, jaką cieszy się Ona w królestwie swego Syna, wsparty Jej modlitwą, wyproś nam dar takiej do Niej miłości, jaką ty Ją miłowałeś. Aby nasza wiara upodobniała się do Jej wiary, nasza nadzieja – do Jej nadziei, nasza miłość do Jezusa – do Jej miłości, nasza wrażliwość na natchnienia Ducha Świętego – do Jej wrażliwości, nasze trwanie pod krzyżem życia – do Jej trwania. Abyśmy, podążając bezpieczną drogą w doczesności, dołączali do Was w wieczności. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Dzień IX. Święty bez cudów

    Słowo Boże

    „Nie każdy, który Mi mówi: »Panie, Panie!«, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: »Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego i mienia?«. Wtedy oświadczę im: »Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!«” (Mt 7, 21-23).

    Rozważanie

    Kogo miał na myśli Jezus, wypowiadając tak mocne słowa? Prawdo podobnie ludzi pseudoreligijnych, chrześcijan deklaratywnych, posiadających wszystkie objawy wierzących, którzy w rzeczywistości jednak nimi nie są. Miał na myśli ludzi sprowadzających relację z Bogiem do zewnętrznych gestów, wypowiadanych słów, recytowania długich modlitw. Jezus miał na myśli po prostu „świętych” na pokaz, ludzi realizujących jakiś ułatwiony, fałszywy model świętości. Choćby wykonywane przez nich gesty religijne wprawiały w zachwyt, choćby odwoływały się do Boga, nie mają znaczenia, gdyż u Niego liczą się nie zewnętrzne znaki, ale pełnienie Jego woli.

    Jezus piętnuje obłudę, jako jeden z najbardziej odrażających grzechów. Wykazuje zarazem, że dla zapewnienia sobie wiecznego zbawienia najważniejsze jest pełnienie woli Ojca. Nie zastąpią tego nawet najwspanialsze czyny. Dotyczy to również różnego typu nawiedzonych „charyzmatyków”, którzy dokonują za sprawą imienia Jezusa wielkich cudów. Na nic im się to zda, jeśli nie będą starali się pełnić na co dzień, we wszystkim, wytrwale woli Boga. I nawet jeśli w dniu sądu powoływaliby się na owe niezwykłe czyny, nie dostąpią zbawienia. Ich odrzucenie świadczyć będzie o tym, że źle wykorzystali otrzymane od Boga dary.

    ***

    Klemens jest dziwnym świętym. W jego życiu nie ma niezwykłych zjawisk, cudownych wydarzeń, mistycznych wzlotów, nadzwyczajnych objawień ziszczających się przepowiedni, dysponowania nadprzyrodzonymi mocami. Dlatego zyskał sobie miano: „świętego bez cudów”, „świętego bez patosu” względnie po prostu „ludzkiego świętego”.

    Jego droga do świętości była drogą ciemnej wiary, właściwej dla każdego chrześcijanina. Wprowadziła go w nią pobożna matka, ucząc zarazem na własnym przykładzie, jak należy wiarę przekładać na życie codzienne. Uformowała w nim zasadę życia chrześcijańskiego ujmowaną w słowa: „Robić wszystkie rzeczy dla Boga”.

    Jego świętość charakteryzowało trwanie w Bożej obecności, niezależnie od zaistniałych okoliczności. Ułatwiało mu to dopatrywanie się Jego woli we wszystkich wydarzeniach życia, nawet najbardziej dramatycznych. Mawiał wówczas: „Odwagi, Bóg kieruje wszystkim”. Dlatego w tak trudnym doświadczeniu, jakim była likwidacja klasztoru św. Benona, ruina dzieła jego życia i wypędzenie z Warszawy, mógł spokojnie powiedzieć: „Widocznie Bóg już nas tutaj nie chce”.

    Za najpewniejszą drogę do świętości uznawał rozeznawanie i wypełnianie woli Boga, mawiając, że „Najlepszym środkiem, aby zostać świętym, jest pogrążyć się w Bożej woli jak kamień w morzu”. Ideałem byłoby stać się „piłką w ręku Boga, którą mógłby On wedle swego upodobania obracać w koło i rzucać, dokąd zechce”. Kiedy pod koniec życia formułował zasadę, jaką się kierował i jaką polecał innym, dotyczyła ona czynienia tego, „co Bóg chce, jak Bóg chce i kiedy Bóg chce”.

    Takie nastawienie duchowe pomagało mu zachować pogodę ducha w niepowodzeniach i przykrościach, jakich życie mu nie szczędziło. Smutek nazywał nastrojem z „piekła rodem”. Odznaczał się, może za rzadko zauważanym, poczuciem humoru. Cenił wesołe towarzystwo i nawet w podeszłym już wieku lubił napić się wina lub kawy, nazywając je cennymi darami Boga.

    Jako stałą okazję do umartwienia proponował natomiast mężne znoszenie trudności życiowych, wierne wypełnianie swoich obowiązków, gorliwe posługiwanie ludziom, zwłaszcza biednym. Nie wymagał też stosowania nadmiernych pokut i umartwień. Mawiał nawet: „Zewnętrzne umartwienie, takie jak: biczowanie, łańcuszki i używanie innych narzędzi pokutnych nie są ani niezbędne, ani nazbyt trudne; tymczasem wewnętrzne umartwienie naszej samowoli, naszych zachcianek i pychy, nie tylko są konieczne do nabycia cnót chrześcijańskich, ale i o wiele trudniejsze”.

    Z pokorą wyznawał, że nie do końca udawało się to jemu samemu, zwłaszcza opanowywanie wybuchowego charakteru. Świadom tego powtarzał: „Codziennie Bogu dziękuję, że mi pozostawił tę wybuchowość i drażliwość, bo to utrzymuje mnie w pokorze i chroni od pychy”. Kiedy jednak sumienie wyrzucało mu nieodpowiednie zachowanie, zdobywał się na konieczne przeproszenie. Miewał też trudności w zrozumieniu słabości innych oraz w łagodniejszej ocenie ich postaw lub poglądów.

    Życie Klemensa dowodzi, że uświęcać się można zawsze i wszędzie, niezależnie od cech charakteru, naturalnych skłonności, wykształcenia, pełnionego zawodu, pośród najbardziej niesprzyjających warunków geopolitycznych, ekonomicznych czy historycznych. Jest ono klasycznym przykładem zasady „świętości dla każdego”, nawiązującej do myśli św. Alfonsa Liguoriego, a potwierdzonej w nauczaniu Soboru Watykańskiego II.

    ***

    O naszym osobistym powołaniu do świętości myślimy raczej niechętnie. Świętych lubimy podziwiać, czcić ich obrazy, figurki, relikwie. Prosić ich o wstawiennictwo u Boga. Radować się informacjami o nowych beatyfikacjach i kanonizacjach. Pragniemy, aby wzrastała ich liczba, dlatego też chętnie modlimy się o świętość dla innych, nigdy zaś dla siebie, jakby z obawy, by nie zostać wysłuchanymi. Świętość wydaje się nam bowiem za trudna i za odległa.

    Dzieje się tak być może dlatego, że kojarzymy ją najczęściej ze świętymi uroczyście kanonizowanymi, a przecież o wiele więcej mamy świętych, nawet męczenników, którzy nie byli i nigdy nie będą oficjalnie wyniesieni do ołtarza. Na ziemi zapomniani, ale w niebie cieszący się chwałą wielkich świętych. Nie myślimy o własnej świętości być może również dlatego, że przywykliśmy kojarzyć ją z niezwykłym życiem i czynami opisywanymi w znanych nam życiorysach świętych, do czego nie czujemy się dysponowani.

    Owszem, byli święci, którzy na mocy specjalnych darów Bożych dokonywali rzeczy niezwykłych, ale nie one były miarą ich świętości. Chrystus mówił, że ani prorokowanie, ani wyrzucanie złych duchów, ani czynienie cudów, nawet przez odwoływanie się do Jego imienia, nie jest konieczne do osiągnięcia nieba. Chrystus naucza, że niezbędne jest „pełnienie woli Ojca”. A to jest możliwe dla każdego, tak jak było możliwe dla św. Klemensa.

    Modlitwa

    Św. Klemensie, twoja świętość nas fascynuje. Twoja droga do świętości – pociąga. Była ona bowiem tak prosta, tak zwyczajna, tak ludzka, jak droga każdego człowieka; jak nasza droga.

    Dziękujemy dziś Bogu za to, że dał nam ciebie za przykład świętości, nie tylko godnej podziwu, ale i zachęcającej do naśladowania.

    Prosimy cię więc najgoręcej, wypraszaj nam u Boga przejęcie się własnym powołaniem do świętości, zrozumienie jej piękna, wiarę w możliwość jej osiągnięcia, wytrwałość w dążeniu do niej, abyśmy dołączyli kiedyś do grona wszystkich świętych i zażywali razem z tobą ich wiecznej radości. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Opracował: o. Gerard Siwek CSsR, Do Boga ze Świętym, Nabożeństwo do świętego Klemensa Hofbauera CSsR, Wydawnictwo Homo Dei, Kraków 2014, s. 59-131.

    Udostępnij