• Śpiewnik Redemptorystów
    Rok Świętego Gerarda Majelli
    Portal Kaznodziejski
    Kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy, Płyta CD z pieśniami do MBNP
  • Menu

    Wspomnienia o Sł. Bożym o. Bernardzie Łubieńskim, cz. 2

    10 września 2016 r. przypada 83. rocznica narodzin dla nieba Sługi Bożego o. Bernarda Łubieńskiego. Wspominając ten dzień, przypominamy sobie jego życie i to wszystko co Bóg uczynił przez niego dla Kościoła, ale także chcemy ożywić naszą modlitwę o jego beatyfikację. Z tej okazji zamieszczamy za „Apostołem Polski” artykuł s. M. Leonii, niepokalanki, napisany przez nią z okazji 15. rocznicy śmierci o. Bernarda.

    * * *

    W bieżącym roku mija lat 15 lat od chwili, gdy o. Bernard Łubieński, redemptorysta, rozstał się z tym światem. Dusza jego poszła do Boga odebrać dobrze zasłużoną nagrodę po życiu znojnym, bohaterskim, brzemiennym w zasługi. Imię jego, głośne wówczas w całej Polsce, powtarzano ze czcią, uznaniem, wdzięcznością; każdy niemal Polak, czy to wysoko na urzędzie postawiony inteligent, czy rzemieślnik przy warsztacie, lub niejeden wieśniak w zapadłej wiosce, znał i pamiętał tę wysoką postać o szlachetnych i delikatnych rysach, wysokim czole, jasnych i promiennych oczach. Przemierzył on całą Polskę wzdłuż i wszerz w swoich misyjnych wędrówkach, grzmiał z ambony, kruszył serca w konfesjonale. Tysiące ludzi zawdzięczało mu swe nawrócenie, innym dopomógł do zbliżenia z Bogiem, do zwrotu na drogę gorliwości i cnoty.

    Wystarczyło spojrzeć na O. Bernarda, pomówić z nim choćby krótko na spowiedzi lub poza nią, by od nieść wrażenie, że miało się do czynienia ze świętym. Coś niezmiernie głębokiego, uduchowionego przebijało z całej tej niezwykłej postaci.

    Gdy miał lat zaledwie 38, dotknął go Bóg bolesnym krzyżem, ciężką chorobą, która z silnego i zdrowego mężczyzny uczyniła na całe życie kalekę nie mogącego się poruszać swobodnie, wskutek bezwładu w nogach. Odtąd ów mąż pełen zapału, energii i aktywności nie mógł kroku zrobić bez laski, powłóczył nogami, nawet zdarzało mu się niekiedy upaść na ziemię, co przy jego wysokim wzroście było szczególnie dotkliwe. Toteż nie raz sam siebie nazywał „niezdarą” lub „niedołęgą”, żartował na temat swego kalectwa, maskując w ten sposób cierpliwość, z jaką musiał znosić niedogodności z tym związane. Od czasu swojej choroby nie mógł wchodzić na ambonę o własnych siłach, lecz wnosili go na rękach bracia zakonni lub mężczyźni dość silni, by móc go unieść przez ciasne schodki.

    Mimo tych trudności, w pracy apostolskiej ojciec bynajmniej się nie zniechęcał, ale żelazną wolą i nie złomną siłą ducha zwalczał słabość ciała i zewnętrzne przeszkody. Znalazłszy się na ambonie, jednym wejrzeniem obejmował swe audyto rium i od razu umiał je opanować. Wymowa jego była nie wyszukana, styl potoczysty, lecz prosty. W pierwszych latach po powrocie do kraju, po długim pobycie za granicą, trudność mu sprawiało początkowo przemawianie w języku polskim, używał niekiedy obcych zwrotów, zdarzały mu się językowe usterki; z czasem, jednak zdołał i to przezwyciężyć. Siła jego słowa trafiała prosto do serc i to do najtwardszych. Moc je go przekonań, płomienna miłość Bo ga, ukochanie dusz ludzkich, ton jego mowy, wyraz twarzy i cała postać przemawiały silniej, niż same wyrazy. […]

    Gdy ojciec nie znajdował się na misjach, lecz pozostawał w swoim klasztorze, czy to w Krakowie, czy w Mościcach, czy w Warszawie przy kościele Zbawiciela, lub u oo. redemptorystów na Karolkowej, spędzał długie godziny, nieraz dnie całe od świtu do późnego wieczora na spowiadaniu wiernych. Po obu stronach konfesjonału ciągnęły się dwa długie szeregi penitentów, czekających na swoją kolej. Był to przeważnie szary tłum, biedacy, robotnicy, służące, pracownice, młodzi i starzy, dzieci i dorośli. Wszyscy cisnęli się do ojca, który umiał gromić, ale i pocieszyć, ukoić, zachęcić, znaleźć dobre słowo, mądrą radę, wyjście z trudnej sytuacji, trafną wskazówkę w beznadziejnym położeniu.

    Gdy spowiednik ujrzał stojącego w długim szeregu mężczyznę, wśród przeważających zwykle kobiet, znakiem ręki kazał kobietom ustąpić, w obawie, by ryba nie wyrwała się z sieci i grzesznik zniechęcony długim czekaniem, nie rozmyślił się i nie odstąpił od swego zamiaru. […]

    Krążyły o nim niekiedy wśród lu du warszawskiego legendy, o których trudno dziś powiedzieć, ile w nich było prawdy, a ile urojenia. Opowiadano, że nawrócenia, których dokonywał przez niego Bóg, częstokroć miały charakter cudowny, przechodzący ludzką miarę.

    Pewnego razu o. Bernard zasłyszał o jednym dzikim małżeństwie i próbował nakłonić je do opamiętania, wszakże na próżno. Owa grzeszna para zamykała uszy na zbawienne upomnienia ojca, unikała go i trwała zatwardziale w swym grzechu. Wówczas apostoł postanowił działać bezpośrednio i stanowczo; zatem udał się osobiście do mieszkania owych ludzi. Znajdowało się ono daleko, na przedmieściu, na wysokości kilku pięter. Dla kulawego starca była to nie lada wyprawa. Ale nic nie zdołało powstrzymać gorliwości tego „łowcy dusz ludzkich”. Gdy mieszkańcy usłyszeli na scho dach charakterystyczny hałas włóczonych nóg i uderzenia laską o pod łogę, zamknęli się na klucz u siebie i postanowili nie wpuszczać intruza.

    Tymczasem stała się rzecz dziwna: zamknięte na zatrzask drzwi otworzyły się przed ojcem z łatwością; bez dzwonienia znalazł się on w pokoju, do którego się schroniła nieszczęsna para. Na ten widok oboje, wstrząśnięci do głębi tym niezwyk łym zdarzeniem, padli na kolana przed kapłanem, wyznali swą winę, i nie opierali się więcej wpływowi miłosiernie działającej łaski, przebaczającego Boga.

    Widok o. Łubieńskiego odprawiającego Mszę św. był przejmujący i zostawiał niezatarte wspomnienie. Zdarzyło się, że pewien młodzieniec, pragnący wstąpić do zakonu, a niezdecydowany, jakie wybrać zgromadzenie, wszedł do kościoła oo. redemptorystów na Podgórzu; trafił właśnie na Mszę św., którą odprawiał o. Bernard, ze zwykłym sobie skupieniem, gorliwością i powagą. Uderzony tym widokiem, młodzian powiedział sobie wówczas: „Zakon, który wydaje takich zakonników, musi być miły Bogu!” i postanowił wstąpić do oo. redemptorystów. Z czasem piastował w zakonie wysokie urzędy i oddał wielkie usługi swej rodzinie duchowej.

    * * *

    Wielką wiarę, pobożność i przy wiązanie do Kościoła św. zaczerpnął o. Bernard przede wszystkim z domu rodzinnego, gdzie tradycje katolickie były od wielu pokoleń silnie zakorzenione. Matka jego, Adela z Łempickich, córka Ludwika, kasztelana sandomierskiego z Planty, była wzorem polskiej matrony ubiegłego stulecia. Z jedenaściorga dzieci, którymi ją Bóg obdarzył, pięcioro poświęciło się stanowi duchownemu. Brat o. Bernarda, ks. Zygmunt, był długoletnim proboszczem na Woli i Lesznie w Warszawie, gdzie pracował z wielkim poświęceniem nad zaniedbaną ludnością przedmieści i odznaczał się wielkim miłosierdziem dla ubogich. Dwie siostry jego wstąpiły do sióstr wizytek w Krakowie, gdzie jako s. Irena i s. Amata żyły budująco i zmarły świątobliwie. Prócz tego jeszcze jedna z sióstr Celestyna, została felicjanką, lecz wkrótce musiała opuścić zgromadzenie, gdyż nie nadawała się do jego życia. Nawet młodszy brat o. Bernarda, Roger, próbował się w seminarium duchownym, ale przeznaczony do życia na świecie, wrócił doń, ożenił się i przez całe życie w stanie świeckim służył sprawie Bożej i Kościoła.

    W domu Łubieńskich duch głęboko katolicki kierował życiem i postępo waniem. […] Co dzień o szarej godzinie odmawiano wspólnie różaniec, klęcząc na podłodze w salonie lub jadalnym pokoju, przed obrazem Matki Najświętszej. Schodziła się wówczas obecna w domu i w mieście rodzina: dzieci, wnuki, krewni bliżsi i dalsi. Gdy zjawił się obcy gość w domu, musiał z konieczności brać udział we wspólnej modlitwie, której pod żadnym pozorem nie wolno było przerywać; w przeciwnym razie był on zmuszony cierpliwie poczekać w przedpokoju.

    Póki pani Adeli zdrowie i siły pozwa lały, uczęszczała co dzień do kościoła i przystępowała do komunii św. W późniejszym wieku wszakże stało się to niemożliwe. Od czasu do czasu jeden z synów kapłanów odprawiał w mieszkaniu Mszę św., na którą zbierała się cała, liczna rodzina. W salonie znajdowała się mahoniowa szafa, którą się rozkładało i służyła jako ołtarz. W niej też chowano ornaty i wszystkie przybory potrzebne do Najświętszej Ofiary. Gdy o. Bernard przebywał w Warszawie, odprawiał niekiedy Mszę św. w mieszkaniu swej matki.

    Nabożeństwo to miało posmak nie co katakumbowy; odbywało się bo wiem skrycie, w tajemnicy przed władzami. Zamykano okiennice od strony ulicy, w salonie panował pół mrok i zalegała głęboka cisza. Ojciec najpierw wyspowiadał swych bliskich: matkę, rodzeństwo i krew nych. Pani Łubieńska, mając sparaliżowaną szczękę wskutek wypadku, mówiła tak niewyraźnie, że tylko bliscy znajomi zmogli ją zrozumieć; spowiadała się więc zawsze u swoich synów. Do Mszy św. służyli bracia lub siostrzeńcy, czy bratankowie ojca. Nastrój panował niezmiernie podniosły i uroczysty. Słowa konsekracji dobitnie wymawiane przez kapłana rozlegały się po salonie i przejmowały do głębi serca obecnych, którzy biorąc udział w Najświętszej Ofierze przystępowali ze skupieniem do komunii św. […] Stosunek o. Bernarda do swych bliskich był wybitnie nadprzyrodzony. Patrzył on przede wszystkim na dusze, dążył do tego, by je podnieść wzwyż, uszlachetnić, oderwać od ziemi. I cieszył się ogólnym zaufaniem wśród swoich, a oni zwracali się do niego nie tyle jak do krewnego, ile do kapłana, pomazańca Bożego, wybranego na wyłączną Jego służbę.

    * * *

    Jako kierownik dusz o. Łubieński przystępował do nich z posza­nowa niem, prostotą, ale też umiał silnie stawiać przed oczyma penitenta Boże wymagania. Żądał nieraz wiele, wymagał pokory, wyrzeczenia się siebie, zdeptania własnej woli. Mówiono nieraz o nim, że raczej umiał spowiadać wielkich grzeszników, albo też dusze dążące do wyższej doskonałości, natomiast do przeciętnych jednostek nie zawsze zdołał trafić. Być może. Wiemy jednak, że potrafił się zastosować do umysłowości bardzo różnorodnych. Zaczynając od prostaczków i nieuków, a kończąc na ludziach najwybitniejszych, nawet biskupach i członkach wyższego kleru. Sam czuł się tylko narzędziem Ducha św., działającego w duszach. Oto jak sam o tym pisał w liście do swej penitentki: „Trzeba starać się o światłych kapłanów, jako spowie ników, światłych, ale niekoniecznie doktorów teologii, albo aniołów z nieba. Bo właściwie Bóg­Duch św. kieruje duszami, a jeżeli dusza Mu jest wierna, to On sprawi, że byle którego kapłana użyje, aby na drogę cnoty skierować”.

    Niekiedy tonem żartobliwym, z pewnym humorem i pogodnym dowcipem zwracał się ojciec do duszy, która poddawała się jego kierownictwu, pisząc: „Pewnie słyszałaś o penitencjarzach, w bazylice św. Piotra i o ich kijach w konfesjonałach. Nie jestem papieskim penitencjarzem, ale mam kij, na którym śp. Pius X dwa razy się oparł. Dobrze ci, że ten kij mój nie jest dość długi, żebym nim aż do X. sięgnął na twoje plecy, że by wygnać z twej biednej duszyczki twoje skrupuły…”.

    Stała pogoda, żart nigdy nie ra niący bliźniego, wykwintny dowcip umilały stosunki o. Bernarda z jego otoczeniem.

    Wybitną jego cechą była głęboka pokora, płynąca z dna duszy, połączonej z Bogiem, przekonanej o swej nędzy i małości. Do bliskiej swej krewnej, zakonnicy, niedługo przed śmiercią, mówił ojciec z przejęciem: „Moje dziecko, módl się za mnie…, abym wytrwał!” […]

    Choć przytłoczony brzemieniem lat, ciężkich prac i długiego doświadczenia, był posłuszny względem przełożonych jak dziecko, z wiarą patrzył na ich zarządzenia, choćby były przeciwne jego osobistym poglądom. Oto jak sam wyraża to w liście do osoby, pytającej go o radę w trudnym położeniu: „To czego nie możesz zrozumieć, wytłumaczę ci przykładem. Mam jedną sprawę, która mnie żywo obchodzi i uważam ją za wielkiej wagi dla naszego zakonu. Przedstawiłem ją listownie mojemu o. Generałowi. Dostałem odpowiedź, odmowną (une reponse negative). Po kilku latach, widzę, że teraz może się o. Generał na nią zgodzi, więc zamierzam znów o tym doń napisać. Czy ja złym przez to zakonnikiem jestem? Uchowaj Boże! Nic prze ciw jego woli nie zrobiłem, ale dotąd uważam sprawę za słuszną. Św. Alfons do jednego ze swych ojców tak pisał: „Możesz się trzymać twojego zdania (w tym wypadku), ale nie pozwalam ci tego zdania szerzyć wśród współbraci”.

    W innym miejscu tak wyjaśnia ojciec to samo zagadnienie posłuszeństwa: „Ani papież, ani Pan Jezus nie udzielił im (przełożonym) nieomylności, ale posłuszeństwa, czyli poddania im woli i rozumu. Pan Bóg żąda od nas, nie z powodu ich nieomylności, lecz z powodu władzy, jaką im daje, bo o nich rzekł: „Kto was słucha, Mnie słucha!” Więc gdy by się omylili, Bóg na nasze dobro tę omyłkę nam obróci… Pan Jezus kazał słuchać złych doktorów w Izraelu, ale nie naśladować ich, bo mają Jego władzę nad ludem, ale ani Jego nieomylności, ani bezgrzeszności…”. […]

    Niekiedy jednak ojciec umiał być surowy w stosunku do duszy, zwłaszcza wtedy, gdy chodziło o niezłomną zasadę, zwłaszcza o przykazanie Boże. Pewna panienka, znajoma ojca Bernarda wyznała mu na spowiedzi, że po balu, z którego wróciła o świcie, tak zaspała, że w niedzielę opuściła Mszę św. Ojciec surowo skarcił to przewinienie i ostro do niej się zwrócił. Ową osobę tak przejęło oburzenie ojca, że jak sama zeznała, nigdy potem nie zdarzyło się jej podobne wykroczenie. Prosto z balu, zarzuciwszy płaszcz na wieczorową suknię, szła do kościoła, i dopiero po wysłuchanej Mszy św. udawała się na spoczynek. Nauka ojca nie poszła w las, ale wydała owoce.

    * * *

    O. Łubieński był stuprocentowym zakonnikiem w każdym calu i każ dym słowie, oddanym Bogu bez reszty, poświęconym jego służbie i pracy dla dusz. Ogromna miłość Boga i ludzi rozprzestrzeniła to wielkie serce, dodawała mu sił nadludzkich i była przyczyną tego przedziwnego zjawiska, że mógł pracować tak wydajnie, z tak niebywałym poświęce niem, mimo ciężkiego kalectwa. Żywot jego zdumiewa ilością prac, misji, rekolekcji, kazań, konferencji, dawanych osobom świeckim, zakon nym, parafiom, zespołom. Pracował bez wytchnienia, nie żałował siebie, nie wypoczywał, aż choroba zwaliła go z nóg i przykuła do łoża boleści. Można by mu zarzucić brak roztro ności, kuszenia Pana Boga, narażanie siebie, ale widocznie Duch św. nim kierował, bowiem mimo tylu wysiłków i trudów, dożył sędziwego wieku, umarł bowiem mając lat 87.

    Rozmiłowany w cierpieniu znoszonym dla Boga, widział w nim środek najprostszy do połączenia z Nim, drogę bezpośrednią do uświęcenia. Będąc w klasztorze sióstr niepokalanek w Jazłowcu, zetknął się z Matką Marceliną Darowską i na pożegnanie życzył jej i sobie „krzyżów od Boga”. Mogło to życzenie niektórych zadziwić, ale ojciec miał to przede wszystkim na myśli, że krzyże są dla zgromadzeń narzędziami świętości, gdyż utrzymują dusze w zależności od Boga, są poręczą bezpieczeństwa i strzegą od zejścia z drogi gorliwości, ubóstwa i pokory. […]

    O. Bernard, przywiązany syn świę tego Zakonodawcy, miłujący nade wszystko swój Zakon i jego Założy ciela, kroczył całe życie wiernie w jego ślady.

    Hasłem tego gorliwego apostoła, wyrosłego na miarę Pawłową, były słowa powtarzane przez wielu wybit nych pracowników na niwie Pańskiej: „Da mihi animas, cetera tolle!” (Daj mi dusze, Panie, a zabierz wszystko inne ode mnie!) Ta modlitwa, choć może nie wyrażona tymi słowami, lecz w tej, czy w innej formie, była tłem jego życia, motorem jego działania, sprężyną myśli i czynów. Słowa te wyryte na grobowcu kard. Merry del Val w kryptach watykańskich, to krzyk błagalny duszy kapłańskiej, misjonarskiej, spragnionej współdziałania z Chrystusem w dziele odkupienia świata. Krzyk ów był nieprzerwanym wołaniem duszy apostolskiej polskiego misjonarza. Jak dalece o. Łubieński był też oderwany od dóbr ziemskich i ubogi w duchu, świadczy o tym nastę pujący przykład. Jeżdżąc z misjami po całej Polsce, brał ze sobą skromną walizkę, w której mieściły się niezbędne w podróży przedmioty: brewiarz, notatki rekolekcyjne, i pamiątkowy krzyż misyjny, który ojciec otrzymał od prowincjała redemptorystów angielskich o. Coffina. Krzyż ten trzymało w ręku swym i ubogaciło łaskami i odpustami aż trzech papieży: Pius IX, Leon XIII i Pius X. Był więc dla niego cenną relikwią i drogą sercu pamiąt ką. Otóż w jednej z podróży cała walizka została ojcu niegodziwie skradziona, co musiało być dlań dotkliwą stratą i aż nazbyt zrozumiałą przykrością. Gdy ktoś ze znajomych wyraził mu z tego powodu swe współczucie, ubogi zakonnik na jedną tylko mógł zdobyć się odpowiedź: „Widocznie zanadto byłem do tego przywiązany…!”

    W towarzystwie wesoły, prosty, niekiedy dowcipny, pełen humoru i pogody ducha, uderzał równocześnie pewną wytwornością i wielkopańskim obejściem, które to cechy wycisnęło na nim od młodości domowe wychowanie. Długoletni pobyt za granicą, zwłaszcza w Anglii zostawił na nim swój ślad niezatarty, nadał mu pewną ogładę, wyrobił go towarzysko i kulturalnie. Rozmowa z o. Bernardem była zawsze interesująca, ożywiona, słuchało się go z zapartym oddechem. Pełen życzliwości dla każdego, umiał się zainteresować cudzymi bólami, kłopotami, jak i radościami.

    Na wzór Apostoła Narodów radował się z radującymi, a cierpiał z cierpiącymi. I to szerokie serce, zrozumienie psychiki drugich, ta umiejętność wczuwania się w cudze potrzeby, otwierały przed nim dusze, zjednywały mu je i czyniły je podatnymi na wpływ nadprzyrodzony. Tym kluczem miłości otwierał z łat wością ludzkie serca i wiódł je do Boga.

     * * *

    Modlitwą, zwracaniem się o pomoc i o ła ski Boże za pośrednictwem Jego Świętych, może wyprosimy znaki konieczne z nieba, cuda potrzebne do procesu beatyfikacyjnego. O. Bernard chyba zasługuje na to, by na ród polski wystarał się o jego kanonizację! Wykazanie heroiczności jego cnót, na czym zasadza się właśnie proces beatyfikacyjny, nie będzie chyba tak trudnym. Heroizm w cno cie to była atmosfera, w której żył sługa Boży, w której wytrwał do śmierci. Cnoty teologiczne jaśniały w jego duszy takim blaskiem, że olśniewały patrzących; to samo się tyczy cnót kardynalnych i innych. Pokora, spełnianie ślubów zakonnych ­ to żywioł, w którym się stale obracał. Umiłowanie cierpień, to ce cha jego świętości. „Biada nam ­ pisze ojciec w liście z 4 lutego 1920 roku ­ gdybyśmy inną drogą chcieli kroczyć w życiu, poza drogą bolesną krzyża!”

    Życie mu tych krzyżyków nie oszczędziło; niósł on z odwagą, radością swoje cierpienia codzienne, które stały się szczeblami, po których wznosił się ustawicznie wzwyż, choć nieraz z bolesnym i bohaterskim wysiłkiem, na szczyty niepowszedniej świętości.

    /S. M. Leonia (Ludwika Fudakowska), niepokalanka, O. Bernard Łubieński, redemptorysta, Głos Karmelu, 17 (1948) nr 9, s. 24­30/

    Pismo Postulacji do sprawy beatyfikacji Sługi Bożego o. Bernarda Łubieńskiego „Apostoł Polski”, nr 45, wrzesień –  listopad 2016, s. 9-17.

    WIĘCEJ: Sługa Boży o. Bernard Łubieński CSsR

    Udostępnij