• Rekolekcje i wypoczynek – CADR i Scala W górach i nad morzem
    Portal Kaznodziejski
    Rok Świętego Klemensa Hofbauera, Jubileusz 200-lecia śmierci
    Charyzmat i duchowość
  • Menu

    Traktować swoje powołanie poważnie

    Rozmowa z o. Józefm Markowiczem CSsR, długoletnim kapelanem szpitala w Gliwiach (przeprowadzona w 2010 r.)

    WIĘCEJ: Pogrzeb o. Józefa Markowicza CSsR

    Jak to się stało, że Ojciec został redemptorystą?

    To było, jak miałem 17 lat. Przyszło wtedy nawrócenie i wejście w szczególną Bożą rzeczywistość. Byłem ministrantem, starałem się być blisko Boga. Później zacząłem bardzo dużo czytać, pożyczałem książki, i tak też zaczęła się moja przygoda z Panem Bogiem.

    Dzięki lekturze przyszło poznanie Pana Boga, ale również poznanie Kościoła i jego misyjnej posługi, dlatego moim pragnieniem było zostać misjonarzem. Codziennie modliłem się, by wyjechać na misje. Bardzo wpłynęły na mnie książki ojca Maksymiliana Kolbe i „Rycerz Niepokalanej”.

    I stało się! Gdy przebudziłem się duchowo, poszedłem do mojego księdza proboszcza z zapytaniem, co mam robić, jaki wybrać zakon?  I on powiedział mi, że za pół roku redemptoryści będą u nas prowadzić misje. Przyjechali ojcowie, był wśród nich ojciec Brzoskowski, ja służyłem do Mszy, a proboszcz załatwił resztę za mnie. Przed wyjazdem chwilę ze mną porozmawiali i tydzień później dostałem list od ojca prowincjała, w którym oznajmił mi, że zostałem przyjęty do zgromadzenia redemptorystów.

    I tak się rozpoczęło to moje życie zakonne, które rozpocząłem w postulacie w Krakowie. Później był nowicjat w Tuchowie. To były czasy kiedy wstawaliśmy o 4.30 bo o 5.00 były pierwsze modlitwy. Pierwsze śluby zakonne złożyłem jako brat zakonny. Zawsze jednak pragnąłem być kapłanem. Po 15 latach, kiedy przyszła taka okazja, rozpocząłem przygotowania do matury. Po zrobieniu jej, wróciłem do Tuchowa na studia. Po święceniach zostałem posłany do duszpasterstwa do Elbląga (na 7 lat), a później do Wrocławia (5 lat byłem tam proboszczem) i do Gliwic.

    Dawniej to była niesamowita praca i gonitwa. W Gliwicach jako kapelan zacząłem budować w szpitalach kaplice, bo ich wcześniej nie było. W czasach, kiedy nie było materiałów, kiedy trzeba było włożyć wiele trudu, by je zdobyć, wybudowałem w sumie 6 kaplic. Wszędzie starałem się, by Msza św. była odprawiana 2-3 razy w tygodniu. Rozumiałem, że jak jest Najświętszy Sakrament, to ten szpital nabiera innego klimatu i chorzy wtedy też nie czują się sami w swoim cierpieniu.

    Po wybudowaniu kaplicy zakładaliśmy w szpitalu nagłośnienie dla tych, którzy nie mogą się poruszać, i bywały takie czasy kiedy cały szpital brał udział w liturgii, na korytarzach słychać było śpiew wiernych. To były piękne czasy!

    Jaka jest rola kapelana w szpitalu?

    Przede wszystkim kapelan powinien być oddany Bogu. Jego pierwszym i podstawowym zadaniem jest modlitwa za chorych, za tych, do których jest posłany. W szpitalach jest wielka „rozpiętość duchowa” wiernych. Pamiętam historię pewnego człowieka, który słuchając przez te głośniki, założone przez nas, katechez, kazań i nabożeństw nawrócił się. Po 50 latach przystąpił do spowiedzi. Pamiętam te jego łzy radości spowodowane powrotem do Boga.

    Jest też jednak wiele osób przeciwnych Bogu i pracy kapelanów. Modlitwa jest tu więc nieodzowna. Dawniej przychodzono do chorych tylko na prośbę, ale po pewnym czasie zaczęto iść do wszystkich. Pamiętam takie czasy, kiedy miesięcznie udzielałem sakramentu namaszczenia chorych ok. 1500 osobom. Ważne też jest nawiązywanie kontaktu.

    Bardzo pomaga zwykła rozmowa, zwyczajne zauważenie człowieka i pozwolenie wypowiedzenia się mu. Specyfiką mojej pracy były rozmowy, ale też rozdawanie obrazków, różańców, medalików i książek. Z chorymi trzeba być. Czasem wydaje się, że wszystko jest dobrze, a na drugi dzień ta osoba już nie żyje.

    Praca kapelana to bycie narzędziem w ręku Boga w służbie tych, do których On posyła. Nawet sobie nie zdajemy sprawy, że to On podsyła nam ludzi, a my jesteśmy narzędziami. Wiele razy dzięki poczuciu tego posłania oglądałem cuda na własne oczy. Ja przez tę moją posługę pomagam Chrystusowi. Moją modlitwą mówię Mu o tych, którzy potrzebują pomocy.

    W czasie kolędowym w szpitalu robiłem kolędę, śpiewaliśmy kolędy, a ja błogosławiłem sale. Wielkim apostolstwem jest dla mnie książka. Wiele książek rozdaję, pożyczam ludziom, bo wiem, że tam gdzie ja nie dotrę, to dojdzie słowo pisane.

    Ojciec chciał zostać misjonarzem. Wspomniał nawet, że się o to codziennie modlił. To było Ojca marzenie. Jak teraz Ojciec czuje się jako misjonarz-redemptorysta w posłudze kapelana?

    Ja się czuję redemptorystą poprzez zaangażowanie w służbę. Wszędzie się angażowałem. Zawsze robiłem nie tylko to co konieczne, ale podejmowałem mnóstwo dodatkowych inicjatyw. Prowadziłem akcje antynikotynowe, antyalkoholowe i jednocześnie prorodzinne.

    Wykorzystywałem te formy bardzo często podczas wizyt duszpasterskich oraz w pracy jako duszpasterz czy kapelan. Wiedziałem, że na mój wyjazd na misje jest już za późno, a słyszałem od przełożonych, że tu w Polsce jest wiele do zrobienia. Zrozumiałem, że tu trzeba przygotować ludzi do wyjazdu na misje. Jeżeli ja tu prowadzę katechizację, duszpasterstwo, to daje mi to satysfakcję bycia tym, kim jestem. Wiem, że przez moje zwyczajne codzienne gesty staję się misjonarzem i jako redemptorysta tu głoszę moim życiem Chrystusa.

    Na koniec, Ojcze, takie pytanie. Ten wywiad będzie czytało wielu młodych, a wielu z nich stoi przed wyborem drogi życia. Co Ojciec chciałby im dać na zachętę, a jednocześnie jako receptę na udane życie?

    Przede wszystkim traktować swoje życie na poważnie. Na poważnie też niech traktują swoje powołanie i niech nie boją się odpowiedzieć na to wezwanie, które w ich kierunku kieruje Chrystus. Niech nabywają ducha modlitwy; jaka modlitwa, takie życie.

    Bardzo ważnym jest traktowanie poważnie już teraz swojego przyszłego życia czy to w kapłaństwie czy w małżeństwie. Już teraz omadlać swoją przyszłość. Modlić się za tych, do których będziemy posłani, z którymi będziemy pracować itd. Potraktujcie bardzo poważnie swoje życie. Ważną rzeczą jest kult Matki Bożej, świętych i aniołów, bo będziecie mieć wyjątkowych opiekunów. Niezwykle ważna jest Eucharystia, różaniec, czyli żywy kontakt z Bogiem. Nie bójcie się tego i zaufajcie Bogu! On wam w życiu pomoże!

    Ja czuję się szczęśliwy, że jestem redemptorystą, i tego poczucia szczęścia życzę również wam, młodzi!

    Dziękuję Ojcu za rozmowę! Szczęść Boże!

    Rozmowę przeprowadził br. Marek Krzyżkowski CSsR, luty 2010 r.

    Udostępnij