• Śpiewnik Redemptorystów
    Rok Świętego Gerarda Majelli
    Portal Kaznodziejski
    Kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy, Płyta CD z pieśniami do MBNP
  • Menu

    Bom Jesus da Lapa – o. Waldemar Gałązka CSsR

    W tym roku mija 30 lat od tragicznej śmierci o. Waldemara Gałązki CSsR, misjonarza w Brazylii. Zamieszczamy trzecią część jego wspomnień poświęconą pierwszym krokom na brazylijskiej ziemi oraz nauce języka i kultury. Kolejne ukażą się wkrótce.

    Całość dostępna w Biuletynie Informacyjnym Wiceprowincji Bahia „Noticario”, który dostępny jest także na naszej stronie w formie pliku pdf (nr 108, styczeń – kwiecień 2016). 

    WIĘCEJ: „Ojcze Święty, jedziemy na misje do Brazylii!” – cz. 1

    WIĘCEJ: List do moich Przyjaciół – cz. 2

    ****

    Gałązka WaldemarO. Waldemar Gałązka CSsR urodził się 10 czerwca 1954 r. w Piotrkowie Kujawskim, w diecezji włocławskiej. Profesję zakonną złożył dnia 21 września 1976 r., a święcenia kapłańskie otrzymał 13 czerwca 1982 roku. Do Brazylii przyjechał w marcu 1983 r. Pracował w Bom Jesus da Lapa, katechizując dzieci i dorosłych. Pracował także na wioskach wśród ubogiego ludu. Na początku 1986 r., dekretem ks. bpa ordynariusza diecezji Itabuna, ustanowiony został administratorem sześciotysięcznej parafii w Una, w stanie Bahia. Pracował tam zaledwie 3 tygodnie. Utonął, kąpiąc się w Oceanie Atlantyckim 26 lutego 1986 r. w pobliżu tego miasta. Odznaczał się on pogodą ducha, pracowitością i zapałem apostolskim. W lutym br. upłynęło 30 lat (1986-2016) od jego odejścia do wieczności.

     

    Duszpasterstwo w Bom Jesus da Lapa

    Wróciliśmy na północ, do Bom Jesus da Lapa, do naszego ludu i do spostrzeżeń, wrażeń i przeżyć z naszej Misji w Bahia. Właściwie, jadąc na północ, wchodzimy w inny zupełnie świat, cofnięty w swoim rozwoju o co najmniej 150 lat, gdzie o dzisiejszej cywilizacji przypominają tylko samochody, elektryka, telewizja i radio, chociaż w wielu rejonach brakuje i tego.

    Po dwumiesięcznym kursie języka portugalskiego w Salwadorze, którego instruktorem był o. Franciszek Micek, dnia 6 lipca pojechaliśmy do Lapy. Był to więc czas bezpośredniego przygotowania do święta Dobrego Jezusa. Ruch pielgrzymkowy z każdym dniem wzrastał.

    Co do języka, to już coś tam się mówiło, ale to jeszcze nie to, na co miałoby się ochotę. Początkowo przyglądaliśmy się pracy naszych ojców no i pobożności oraz zwyczajom tutejszych pielgrzymów.

    Co do pory roku, to był to okres zimowy. W Salwadorze (miasto, nie mylić z państwem El Salvador) padają w tym okresie obfite deszcze i nieraz z utęsknieniem czekało się na słoneczny dzień. Tutaj już od siedmiu miesięcy nie spadła ani kropla deszczu. Temperatura w ciągu dnia w okresie pielgrzymkowym dochodziła do 40°C. To palące słońce wydaje się już coraz łagodniejsze. Bywa nawet i tak, że jak jest 20°C, to już mi jest zimno i muszę założyć jakiś sweter. Jest to dobry znak. Świadczy, że powoli staję się Brazylijczykiem, bo dla nich +20°C stopni to też zimno.

    Fakt znamienny, że w tutejszym klimacie człowiek jest o wiele mniej wydajny niż w Polsce. Tutaj w godzinach południowych właściwie nie da się nic robić. Na szczęście, jako tako jeszcze da się spać w nocy.

    Sanktuarium Dobrego Jezusa z Groty

    Pisząc o naszej Misji, o Sanktuarium w Bom Jesus da Lapa, nie sposób nie wspomnieć o tutejszych grotach. Są one naprawdę cudem natury. Wszystko to jest o tyle dziwne, że na rozległej równinie wyrasta skalista góra, z każdej strony jakby sztucznie poobcinana, a wewnątrz niej znajduje się kilkanaście grot różnej wielkości. Cztery z nich są wykorzystane na sanktuarium. Każda z grot jest oddzielna i ma swoją, nazwę. Najważniejsza z nich, chociaż wcale nie największa, jest pod wezwaniem Dobrego Jezusa (Bom Jesus), w której znajduje się wizerunek Chrystusa Ukrzyżowanego, czczony jako cudowny. Grota ta może pomieścić około 800 osób.

    Druga grota (sąsiednia) jest o wiele większa. Może spokojnie pomieścić ponad 3.000 osób. Jest ona pod wezwaniem Matki Bożej Osamotnionej, czyli Bolesnej (Nossa Senhora da Soledade). Grota ta ma tylko trzy ściany. Czwartą stanowią potężne kraty zrobione przez o. Zymułę. W tej grocie bez przerwy spowiadamy naszych pielgrzymów. Znajdują się w niej właściwie tylko ołtarz i figura Matki Bożej Bolesnej. Poza tym cała grota jest pusta. Mamy już plany na zagospodarowanie tej groty, ale na realizację tych planów na razie nas nie stać.

    Trzecia grota jest przedłużeniem groty „Soledade” i jest pod wezwaniem „Santa Luzia”, czyli grota św. Łucji. Jest to właściwie długi korytarz z przepięknymi stalaktytami i stalagmitami. Grota ta służy tylko do zwiedzania. Te trzy groty stanowią jeden kompleks, tzn. są połączone korytarzami.

    Czwarta grota znajduje się w innej części góry. Jest to właściwie duża sala pod wezwaniem „Gruta da Ressurreição” (Grota Zmartwychwstania), służąca do wszelkiego rodzaju spotkań parafialnych. Inne groty nie są zagospodarowane. W kilku z nich mieszkają ludzie bezdomni. No cóż, lepsze to, aniżeli ulica.

    Tyle odnośnie grot. Rozpisałem się trochę o nich, ale jest to naprawdę coś wyjątkowego w świecie. Można by na ich temat mówić o wiele więcej, ale do tego trzeba by być artystą pióra, a ja niestety nim nie jestem. Groty same w sobie są bardzo piękne i naturalnie bogate, ale też bez pielgrzymów byłyby o wiele uboższe.

    Okres pielgrzymkowy, tzw. „romaria” trwa około pół roku. Pielgrzymi zjeżdżają się z całej Brazylii, a to nieraz znaczy przejechać ponad 3.000 km. w bardzo trudnych warunkach. Najczęściej przyjeżdżają tzw. „camionami”, tj. wielkimi samochodami ciężarowymi, gdyż autobusy są o wiele droższe, na co ich z kolei nie stać. Jako ławki do siedzenia służą zwykłe deski, bez jakiegokolwiek oparcia. Każdy taki samochód jest wypełniony ludźmi, którzy siedzą, jak przysłowiowe „śledzie w beczce”. Przeciętnie w takiej pielgrzymce każda kobieta ma z sobą po kilkoro dzieci, w tym dwoje malutkich na rękach. Pomimo tego trudu i umęczenia przyjeżdżają ze śpiewem, radością i mówią, że wszystkie te trudy nie są wcale uciążliwe, jeżeli podejmuje się je „por amor ao Bom Jesus” tzn. z miłości do Dobrego Jezusa.

    A teraz co my, tzn. o. Tadeusz i ja robiliśmy w czasie ruchu pielgrzymkowego? Jak już wyżej wspomniałem, przyjechaliśmy do Lapy z Salwadoru, żeby się trochę przyjrzeć jak wygląda praca w okresie pielgrzymkowym.

    Początkowo myślałem, że nikt mnie nie zmusi do żadnej pracy z taką znajomością języka. Ale nie trzeba było czekać długo, żebym zmienił swoje zdanie. Wystarczyło, żeby zobaczyć tylu ludzi chcących sią tutaj wyspowiadać, którzy przez kilka lub kilkanaście lat nie będą mieli okazji do spowiedzi, to i raptem sumienie zaczęło trochę dokuczać.I tak po nauczeniu się nazw grzechów i po kilku zachętach ze strony współbraci, spróbowaliśmy pierwszych spowiedzi. Okazało się, że nasza znajomość języka jest wystarczająca do jako takiego zrozumienia penitenta. Gorzej mieli penitenci ze zrozumieniem naszych wyjaśnień. W pierwszych dwóch tygodniach spowiadania, zamiast mówić do penitenta: „jako pokutę zmów na kolanach…”, ja mówiłem: „zmów w kolanach…” Takich kwiatków było wiele więcej, ale nasi penitenci byli dla naszego języka bardzo wyrozumiali i twierdzili zawsze, że wszystko rozumieją dobrze, w co z kolei ja nie chciałem wierzyć.

    Co do spowiedzi to wyg1ąda ona w następujący sposób: Najpierw gromadzi się grupę ludzi w jednym miejscu i jeden z ojców przeprowadza z nimi przygotowanie. Polega to na tym, że trzeba wyjaśnić wszystko odnośnie spowiedzi, przeprowadzić z nimi rachunek sumienia i żal za grzechy. To przygotowanie jest bardzo ważne, bo tutejsi ludzie nie mają żadnej katechizacji ani jakiejkolwiek możliwości spowiadania się jak my w Polsce. Mają chęci i dobrą wolę wyspowiadania się, ale nawet nie wiedzą jak to zrobić.

    Osobno przygotowuje się osoby, które nigdy się nie spowiadały i nie przyjęły Komunii św. Jest to przygotowanie bardziej szczegółowe. Rozpiętość wieku penitentów pierwszokomunijnych jest od 14 lat do późnej starości. Nikt się temu nie dziwi, znając naszą rzeczywistość. Po takim przygotowaniu ustawiamy wszystkich w kolejki i siedząc naprzeciw penitenta spowiadamy przy stoliku. Spowiedzi są przeróżne. Nieraz można się uśmiać, ale też i załamać, jak ci penitent powie: „Padre (tj. ojcze) ciągnij mnie za język, a ja się będę bronił”. Taki już jest ten nasz ubogi lud o mentalności bardzo prostej. Zdarzają, są wypadki, że penitent chce się wyspowiadać dwa lub trzy razy dziennie, żeby to zrobić „na zapas”, bo może znowu przez kilkanaście lat nie będzie miał do tego okazji.

    Ludzie na wsiach żyją bardzo naturalnie i nie są jeszcze skażeni grzechem cywilizacji. Są to ludzie wielkiej wiary, aż się nieraz człowiek dziwi skąd w nich tyle wiary skoro mają tak mało kontaktów z Kościołem i ze Mszą św. Tutejsze rodziny są wielodzietne. Przeciętnie 8-12 do 16 dzieci w rodzinie. Ale też można spotkać rodziny mające do 25 dzieci. Warto tutaj zaznaczyć, że z braku opieki medycznej jest też duża śmiertelność dzieci.

    Oprócz spowiadania również chrzciliśmy dzieci i nastolatków na zmianę z o. Tadeuszem, co drugi dzień, po dwa razy dziennie, o godzinie 11:00 i 17:00. Chrztów mamy tutaj bardzo dużo, ponieważ pielgrzymi bardzo często robią tzw. „promesę” tzn. obietnicą ochrzczenia dziecka w Sanktuarium Dobrego Jezusa.

    Co do tutejszych „promes”, czyli obietnic uczynionych Panu Jezusowi, to są one przeróżne. Podam kilka przykładów, z jakimi się spotkałem:

    – zrobić fotografie synka ubranego w sutannę przed ołtarzem Dobrego Jezusa, aby był księdzem;

    – często matki przebierają dzieci za aniołków i prowadzą do ołtarza Dobrego Jezusa, żeby były dobre;

    – przejść na kolanach cały plac przykościelny oraz grotę Dobrego Jezusa aż do ołtarza głównego;

    – odśpiewać pieśń i zagrać na gitarze przed ołtarzem, nawet nie umiejąc grać na gitarze;

    – matki obcinają włosy dzieciom i składają je na ołtarzu jako wotum dziękczynne;

    – no i nie może się obejść bez tzw. „foguetów”, czyli petard, których przynajmniej tuzin trzeba wystrzelić na cześć Dobrego Jezusa.

    Bez tego cała pielgrzymka byłaby nieważna. Zaczynają to strzelanie już od godziny 4:00, co bardzo nam „pomaga” w wypoczynku. Spotkałem już 80-letnią babcię, która wystrzeliwała 24 petardy na cześć Dobrego Jezusa jako podziękowanie za całe życie.

    Zdarza się też, że matka zrobi „promesę”, by przynieść swoje dziecko nagie do ołtarza Dobrego Jezusa. Ale z braku możliwości nie może odbyć zaraz tej pielgrzymki. Czas ucieka, dziecko rośnie, a spełnienie obietnicy ciąży. Dziecko ma już 20 lub więcej lat i dopiero zostało przyprowadzone do Lapy. Wtedy pytają księdza, co robić? Widziałem jedną „promesę”, jak ojciec staruszek dźwigał około 30-letniego syna na plecach przez plac kościelny i grotę, aż do ołtarza, aby wypełnić obietnicę, którą zrobił, gdy syn był jeszcze niemowlęciem. Na pewno wówczas byłoby mu o wiele łatwiej wypełnić swoją obietnicę, ale warunki materialne nie pozwoliły mu przybyć do Sanktuarium Dobrego Jezusa. Są to tylko nieliczne przykłady z wielu „promes”, jakie ma zwyczaj robić tutejszy lud.

    Poza spowiadaniem i chrztami, jeżeli trzeba było, odprawialiśmy również Msze św. w kościołach filialnych, z tym, że ktoś inny głosił kazania. Najczęściej były to tutejsze siostry pracujące przy Sanktuarium.

    Praca duszpasterska w wiejskich wspólnotach kościelnych

    Zdarzało się też, że od czasu do czasu robiliśmy tzw. wypady misyjne, tzn. duszpasterskie odwiedziny naszych kaplic na wioskach z którymś z ojców. Najczęściej z o. Mazurkiewiczem lub o. Pawlikiem. Chcę teraz podzielić się wrażeniami, jakie wyniosłem z jednej z wiosek, o której nie potrafię zapomnieć do dzisiaj i przygodami, jakie przydarzyły się nam w drodze.

    Było to w drugiej połowie września 1983 r. O. Tadeusz Pawlik zaproponował mi, abym pojechał z nim na tzw. „dezobrigę”, tzn. do jednej z kaplic. Zgodziłem się chętnie, bo zawsze poznać można coś nowego, a i we dwóch też jest raźniej. Staraliśmy się przygotować jak najlepiej, bo wiedzieliśmy, a zwłaszcza o. Pawlik, że jest to jedna z trudniejszych wypraw. Wyruszyliśmy w sobotę około godziny 9:30 z błogosławieństwem o. Tomasza Bulca, naszego proboszcza. Jechała z nami jedna pani, która ma w tamtej wiosce krewnych oraz czarny chłopak jako przewodnik.

    Tutejsze drogi w buszu nie mają żadnych drogowskazów i stąd jak się nie zna dobrze drogi to lepiej bez przewodnika się nie ruszać. Przed nami było około 75 km do przebycia. Na pozór wydaje się to mało, ale na czego dalsza podróż byłaby niemożliwa. Ale Pan Bóg czuwa nad swoimi sługami i Jeepowi nic się nie stało; nie było najmniejszego uszkodzenia. Jedynym problemem było jak go postawić na cztery koła. Na szczęście tą drogą, z pracy w polu, powracali mężczyźni do tej właśnie wioski, do której jechaliśmy. Było ich sześciu, a nas trzech, a więc razem dziewięciu. Nie było to łatwe do wykonania, bo Jeepa trzeba było podnieść, żeby z powrotem podłożyć pod koła osunięte belki.

    Całą tę sytuację chciałem uwiecznić na zdjęciach. W momencie najbardziej trudnym, kiedy inni dźwigali Jeepa, ja robiłem zdjęcie, aż się jeden z mężczyzn obruszył i powiedział, raczej żartem: „Patrzcie, padre zamiast nam tutaj pomagać, to teraz robi zdjęcia”. Wszyscy uśmialiśmy się. Miał on rację, ale zdjęcia też są ważne, żeby mieć co wam pokazać z naszej rzeczywistości.

    Po wielu mozołach udało nam się postawić Jeepa na kołach. Pierwszą myślą było, czy nie zostało coś uszkodzone. Jak już wyżej wspomniałem na szczęście nic i mogliśmy po dwóch godzinach postoju kontynuować naszą podróż. I tak zmęczeni podróżą, a więcej jeszcze pracą przy wyciąganiu Jeepa, parę minut po godzinie 18:00 dojechaliśmy na miejsce.

    A teraz trochę wrażeń odnośnie samej wspólnoty. Wieś jest własnością jednego z bogaczy, który mieszka w Rio de Janeiro, około 2,5 tysiąca km od posiadłości. Całym majątkiem zarządza jego administrator, a pan pokazuje się tylko od czasu do czasu. Właśnie był tam w dniu naszego przyjazdu, ale nie chcąc się spotkać z nami, około godziny 14:00 odleciał własnym samolotem do Rio de Janeiro.

    Cała posiadłość, tzw. fazenda, ma 63 tysiące hektarów. Pracują tu potomkowie byłych niewolników. Chociaż system niewolniczy w Brazylii już od 100 lat jest zniesiony, to na tej fazendzie praktycznie jeszcze istnieje. Wszyscy mieszkańcy są czarni, tylko administrator jest biały.

    Poznałem tam mężczyznę, którego ojciec urodził się i żył długie lata jako niewolnik na tej właśnie fazendzie. Cała wioska nie ma żadnej szkoły. Wszyscy są analfabetami, żadnego ośrodka zdrowia, żadnego sklepu ani elektryczności. Prawa ustanawia tutaj właściciel fazendy. Jest on tutaj panam życia i śmierci tych ludzi. Stąd nie lubi jak misjonarze tam przyjeżdżają. A chłopi są tak zastraszeni, że gdy o. Tadeusz zaczął mówić o ich prawach do posiadania szkoły, lecznictwa, do sprawiedliwego wynagrodzenia za ciężką pracę, jaką wykonują, byli przerażeni. Gdy zachęcał ich, aby organizowali się w związki i zaczęli się bronić przed wyzyskiem, to chłopi powiedzieli, że boją się tego nawet słuchać, bo pan będzie mścił się na nich. Tutaj przypomniał mi się film, który był grany swego czasu w polskiej telewizji pt. „Korzenie”, przedstawiający życie niewolników w Ameryce Północnej. Cała ta wieś przedstawiała mi się dokładnie tak samo, jak było w tym filmie. Czułem się tak, jakbym się cofnął w historii w epokę niewolnictwa.

    Spędziliśmy tam noc. Spaliśmy w domu administratora. Pracujący tam personel prosił, aby spożywać posiłki u chłopów, bo administratora nie było w domu. Ruch na podwórzu trwał przez całą noc, bo ludzie schodzili się ze wszystkich zakątków, aby uczestniczyć we Mszy św. A ponieważ ksiądz przyjeżdżał tam tylko dwa razy do roku, to było dużo spraw do załatwienia.

    Od wczesnego rana zaczęło się zapisywanie dzieci do chrztu św. i przygotowanie do spowiedzi. Robił to o. Tadeusz, a ja spowiadałem. O godzinie 9:00 rozpoczęliśmy Mszę św. Ołtarz prowizoryczny ze stołu, ustawiony pod drzewem, żeby mieć odrobinę cienia. Zgromadziło się około 300 osób. Większość z nich zupełnie nie przygotowana do uczestniczenia we Mszy św. Rozmawiali więc swobodnie na cały głos, śmiejąc się, rechocząc, opowiadając żarty, jakby absolutnie nic specjalnego się nie działo. Na nieszczęście nie wzięliśmy nowych baterii, więc głośniki nam nie funkcjonowały. W czasie Mszy św. było 5 ślubów; młodzi przerażeni tym wszystkim. Po Mszy św. chrzest 70 dzieci. Płacz, krzyk niesamowity. W tym całym zamieszaniu, zamiast namaścić głowę, dziecku, to zrobiłem krzyżyk na czole mamie. Ta zdziwiona mówi: „Padre, to dziecko jest chrzczone, a nie ja”. No cóż i takie kwiatki też mogą się człowiekowi przydarzyć.

    Całe nasze posługiwanie duszpasterskie skończyliśmy około godziny 13:00. Następnie po krótkim odpoczynku zjedliśmy obiad weselny: ryż + kawałek mięsa wołowego + woda z rzeki. To wszystko. Potem pozbieraliśmy cały nasz sprzęt misjonarski i około 14:00 wsiedliśmy do naszego Jeepa, by wyruszyć w drogę powrotną. Tym razem kierowcy wymienili się i ja prowadziłem Jeepa. Droga ubywała dosyć szybko, radośnie i nie zanosiło się tym razem na żadną niespodziankę. Tylko czasami, z obawą, spoglądałem na licznik paliwa zastanawiając się, dlaczego wskazówka wcale się nie porusza. Czyżby nie ubywało paliwa? Byliśmy już około 14 do 15 km od Bom Jesus da Lapa i tu nagle… No właściwie, co? W największym piachu, ni stąd ni zowąd zgasł silnik. Pierwsza myśl: zepsuł się. Próbujemy to i owo. Wszystko działa. Sprawdzamy bak z paliwem i okazuje się, że nie ma w nim ani kropli benzyny; jest suchutki.

    Na nieszczęście nie wzięliśmy żadnego zapasu paliwa do karnistra, bo o. Tadeusz uważał, że napełniony bak wystarczy. Przecież już kilka razy przemierzał tę trasę. Jak widać jeep nie zawsze „zjada” jednakową ilości paliwa. A więc co robić? Czekać na jakąś okazję nie ma sensu, bo nie ma nadziei, żeby tutaj cokolwiek jechało. Decydujemy, że ja, jako o 15 lat młodszy od o. Tadeusza, razem z chłopakiem, który nam służył za przewodnika, ruszymy pieszo do Lapy po pomoc. O. Tadeusz razem z kobietami, które zabrały się z nami do Lapy, czekał na nasz powrót. Poszliśmy. Jest godzina 16:00. Słońce jeszcze wysoko, grzeje niesamowicie, jakby wcale nie myślało zajść tego dnia. Idziemy.

    Nogi grzęzną w gorącym piachu, a wokoło tylko suchy step wypalony od słońca, bez żadnej lepianki. Z każdym kilometrem idzie się nam coraz ciężej, nie mamy ze sobą ani kropli wody. W gardle coraz suszej, język staje się coraz bardziej szorstki, brakuje śliny. Przestajemy mówić do siebie. Jedynym pragnieniem, jakie nurtowało nas w tym czasie było to, żeby zdobyć choćby odrobinę wody.

    Tutaj dopiero poznałem, jaką wartość ma woda. W ten sposób przeszliśmy około 7-8 km. Jakże był człowiek szczęśliwy, kiedy zobaczył na horyzoncie lepiankę, z nadzieją, że tam będzie można dostać trochę wody. Mieli wodę! Wypiłem wtedy za jednym zamachem chyba ze dwa litry. Jakaż to była rozkosz! Zwykła, wcale nie czysta woda, zaczerpnięta z jakiegoś bajora. Pokrzepieni w ten sposób ruszyliśmy w dalszą drogę.

    Słońce tymczasem nieco się już zniżyło. Było kilka minut po 17:00. Za niecałą godzinę dotarliśmy do Lapy. Podobno mój widok przedstawiał się straszliwie. Ojcowie orzekli, że wyglądałem jakby mnie z krzyża zdjęto. Ponieważ wszyscy ojcowie byli zajęci w kościele, wziąłem Jeepa z domu i wyruszyłem do o. Tadeusza. Okazało się, że i drugi Jeep ma za mało benzyny, żeby ją przetankować. Na szczęście wziąłem ze sobą łańcuch do holowania. Zaczepiliśmy Jeepa i w drogą.

    Wydawano się, że już przygoda zakończona, a tymczasem około jednego kilometra od domu jeep, w którym holowałem o. Tadeusza, chwycił gumę w tylnym kole. Tak blisko a musieliśmy jeszcze zmieniać koło. Trwało to krótko. I tak, po tylu przygodach, zmęczeni, ale też zadowoleni i szczęśliwi, znaleźliśmy się w domu i nareszcie mogliśmy wziąć upragnioną kąpiel.

    Jak widzicie, życie i pracę mamy tutaj ciekawe, pełne przygód i trudów, ale też daje dużo satysfakcji i radości. Myślę, że to na razie wystarczy. A gdy uzbieram porcję nowych wrażeń to odezwę się znowu.

    o. Waldemar Gałązka CSsR, Biuletyn Informacyjny Noticiário nr 21, rok 1984

    Udostępnij