| |
Wejść w nieśmiertelność
i dotknąć nieskończoności
- s. Ewa Klaczak OSsR
"Jeśli miłość największa w prostocie
a pragnienie najprostsze w tęsknocie
więc nie dziw, że pragnął Bóg
aby najprostsi Go przyjęli..." (Karol Wojtyła)
Życie w klasztorze kontemplacyjnym jest życiem bardzo prostym, zwyczajnym, zanurzonym w tęsknocie za Bogiem i w pragnieniu sprowadzania Go nieustannie na ten świat gorącą modlitwą serca, które wciąż woła do Boga o miłosierdzie, nie dając Mu spokoju: "Wy, co przypominacie wszystko Panu, sami nie miejcie wytchnienia i Jemu nie dajcie spokoju" (Iz 62, 6).
Wspólne czytanie lub śpiew psalmów rozbrzmiewa w naszej kaplicy kilkakrotnie w ciągu dnia. Celebrujemy całą Liturgię Godzin. Modlitwa z Chrystusem, w Chrystusie i przez Chrystusa staje się laudis canticum, pieśnią, która porywa nas do nieba, która pozwala nam wejść w nieśmiertelność i dotknąć nieskończoności! (M. C. Crostarosa, Stopnie modlitwy). Jak ważna jest świadomość modlitwy z Chrystusem, umiejętność dostrzegania Go pośród ubranych na czerwono sióstr (taki jest habit redemptorystki) i rozpoznania w chórze głosów Jego głosu!
"Czytaj psalmy bez Chrystusa - nie sycą. Odnajdź w nich Chrystusa, wtedy nie tylko doświadczysz, że smakują, ale upijesz się ich treścią" (św. Augustyn).
Kończy się dzień. Ostatnia modlitwa - kompleta i radosna antyfona maryjna wprowadzają nas w wielkie milczenie i osobiste trwanie przed Bogiem. Wystarczy spojrzeć z okien klasztornego chóru, aby ujrzeć rozbłyskujące tysiącem świateł miasto. Każde światełko jest wołaniem o modlitwę. Wysokie domy, różnokolorowe obłoki otulone ciemnością wieczoru wydają się z daleka trochę anonimowe. Może zbyt mało wiemy o tych ludziach, o mieszkających tam rodzinach, dzieciach, staruszkach. Są tacy, których znamy, uczestniczymy bowiem w ich radościach i smutkach, ale większość stanowią ci, o których nic nie możemy powiedzieć, są jakby zagubieni pośród tych świateł, obciążeni balastem problemów i kłopotów, które burzą w nich wiarę w dobrego Boga i odbierają radość życia. Szukają więc pocieszenia, pomocy, życzliwego słowa również w naszym klasztorze, który jawi się im z daleka jako miejsce święte, dom nieustannej modlitwy, nieustannie wzniesionych rąk Mojżesza.
O. Tomasz Merton napisał kiedyś, że najlepszym pocieszeniem jest nauczyć człowieka kochać Boga. Myślę, że wielu pragnie właśnie tego pocieszenia, ale najczęściej nie potrafi zwerbalizować swojej tęsknoty, która w końcu staje się szukaniem po omacku i wreszcie dotyka bezradności. A ta ma przed sobą dwie drogi: drogę chrześcijańskiej nadziei lub drogę rozpaczy. Pierwsza prowadzi do spotkania z Bogiem ukrytym, a druga do pustki i bezsensu. Gdyby wszyscy ludzie mieli świadomość, że w ich wnętrzu znajdują się takie drzwi, które prowadzą do nieskończoności! Tam można stracić grunt pod nogami... i wpaść prosto w ramiona pocieszającego nas Ojca, tam można być pociągniętym do głębi, która promieniuje ciepłem - dotknięciem Nieskończoności i kochającą Nieśmiertelnością!
"Wstawiania się za innymi, prośba o coś dla innych jest - od czasu Abrahama - czymś właściwym dla serca pozostającego w harmonii z miłosierdziem Bożym"(KKK)
Mieć serce, które pozostaje w harmonii z Bożym miłosierdziem, to pozwolić się przeniknąć i zranić Słowu, które Bóg codziennie do nas kieruje, uwrażliwiając nas na potrzeby drugiego człowieka, bo On pragnie bardziej miłosierdzia niż ofiary. Najpierw trzeba ofiarować ludziom to czego potrzebują - czas i miłość, a potem wskazywać na te "drzwi", które znajdują się w ich wnętrzu i prowadzą do spotkania z jedynym Pocieszycielem.
Tutaj w tej zamkniętej przestrzeni otwierają się oczy na nieskończoną miłość Ojca. On sam wprowadza nas na zielone pastwiska, gdzie karmimy się nadzieją i zanurzamy w Boże miłosierdzie. To doświadczenie rodzi w nas pragnienie, aby być "czułym znakiem dobroci Boga dla ludzkości"(VC 57), aby wszyscy poznali jak dobry jest Pan. Zresztą czyż można być tak naprawdę szczęśliwym mając świadomość, że wielu ludzi żyje w grzechu, umiera z dala od Boga?
"Jakże mogłabym doznawać pociechy, widząc siebie przy życiu, jeśliby lud twój pogrążony był w śmierci"?- wołała św. Katarzyna ze Sieny. Żarliwość tego pragnienia ogarniała świętych. Symeon Nowy Teolog, cytowany przez Ojca Świętego w adhortacji Vita Consecrata, pisała o pewnym człowieku, który tak pożądał zbawienia swych braci, że często błagał Boga z gorącymi łzami, z całego serca i i z uniesieniem godnym Mojżesza o to, aby bracia wraz z nim byli zbawieni, albo on z nimi potępiony. Złączył się bowiem takimi więzami miłości w Duchu Świętym, że nie chciałby wejść nawet do Królestwa Niebieskiego, gdyby miał być przez to od nich odłączony".
Kiedy więc spoglądam z naszej górki, szczególnie wieczorem, na rozpościerający się wokół świat, ogarnia mnie wielka cisza i przejmuje coś na kształt uniżonego drżenia wobec Boga, który wciąż cierpliwie czeka na człowieka. Wiem, że pragnie, abyśmy wzajemnie pomagali sobie w drodze do nieba. Moje powołanie wypełnia się więc wtedy, gdy łączę się więzami miłości z moimi siostrami i braćmi, kiedy na ich zbawieniu zależy mi tak, jak na własnym. Dopiero taka miłość pozwala mi wejść w nieśmiertelność i dotknąć nieskończoności, bo staje się partycypacją w miłości samego Boga.

|
|
 |