• Media, wydawnictwa, drukarnia
    Portal Kaznodziejski
    Matka Boża Nieustającej Pomocy
  • Menu

    Redemptoryści – pasterze „pachnący owcami”

    Kilka lat temu papież Franciszek apelował,do kapłanów, aby szli na peryferia i przesiąkali „zapachem owiec”. Pasterze winni wmieszać się w tych, za których są odpowiedzialni. Być pośród owiec to rozumieć ubogich, którzy zostali zepchnięci na margines życia społecznego i chociaż mają światu coś do powiedzenia, nikt ich nie słucha. Pasterz „pachnący owcami” pozwala tym ludziom przekonać się, że jest Ktoś, dla kogo są ważni. To sam Bóg poszukujący zagubionych, sprowadzający zabłąkanych z powrotem, opatrujący skaleczonych i umacniający chorych.

    Wezwanie papieża skierowane do kapłanów, aby dali się przeniknąć „zapachem owiec”, nawiązuje do obrazu Dobrego Pasterza z Ewangelii. Jest nim Jezus, Syn Boży, który przyszedł na ziemię, aby żyć wśród owiec i oddać za nie swoje życie. Upodobnił się do nich we wszystkim oprócz grzechu i tak prowadzi stado, aby żadna z nich nie zginęła. Każda z nich jest dla Niego bezcenna. Dlatego, gdy któraś się zagubi, wybiera się na jej poszukiwanie i idzie za nią, aż w końcu ją odnajduje. Nie brzydzi się zapachu owiec, stąd słabą i poranioną bierze na ramiona i zanosi uradowany do domu.

    Jezus do dzisiaj swoim przykładem inspiruje pasterzy Kościoła, aby z oddaniem paśli powierzoną im przez Boga trzodę i schodzili na peryferia poszukując zagubionych owiec, gdyż wolą Ojca w niebie jest ocalić to, co zginęło. „Zapach owiec” roznoszą ci pasterze, którzy jak Jezus potrafią zanurzyć się w życie zwyczajnych ludzi, współczuć im w niedoli i znosić te same utrapienia, z którymi borykają się ubodzy. Gdy na wzór Chrystusa dokonuje się w ich życiu kenoza i „wcielenie” w konkretną rzeczywistość, następuje ich upodobnienie się do owiec. „Zapach owiec” jest ich znakiem rozpoznawczym i potwierdzeniem, że idą śladami Najwyższego Pasterza.

    Pasterze według serca Chrystusowego

    Zapatrzeni w Jezusa pasterze nie mają żadnych oporów, by wmieszać się w owce i przesiąkać ich zapachem do końca swoich dni. Greckokatolicki kapłan Omelian Kowcz pełnił posługę duszpasterską we Wschodniej Galicji w okresie międzywojennym. Pracował wprawdzie dla Ukraińców, ale stykał się również z Polakami i Żydami. Kiedy w czasie drugiej wojny światowej na tereny Galicji Wschodniej przybyli Niemcy, w szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się Żydzi, którym groziły aresztowania i śmierć. Aby uchronić ich od nieszczęścia, Kowcz udzielał im chrztu i katechizował ich, gdy o to poprosili. Z tego powodu został przez Niemców aresztowany, a potem zesłany do obozu koncentracyjnego na Majdanku. Nie zobowiązał się wobec nich, że przestanie udzielać pomocy prześladowanym. W obozie służył więźniom posługą kapłańską. Chciał być do końca pośród owiec powierzonych mu przez Boga. Do rodziny pisał tak: „Nie starajcie się o moje uwolnienie. Mnie tu jest dobrze, bo jestem bardzo potrzebny ludziom. Bóg dał mi łaskę, by tu być”.

    Po drugiej wojnie światowej Adam Kozłowiecki, jezuita, podjął działalność misjonarską w Afryce, budując szkoły i szpitale, kościoły i kaplice. Służył ludziom swoją posługą kapłańską, ale także pomagał materialnie, zwłaszcza gdy w czasie suszy głód zaglądał im w oczy. Był zawsze pośród nich, aby dodawać im otuchy w trudnych chwilach i opatrywać ich rany – nieraz dosłownie, oddając się pielęgnowaniu chorych. Po dziesięciu latach pełnienia urzędu metropolity Lusaki, stolicy Zambii, zdecydował się z niego ustąpić i wrócić do pracy duszpasterskiej wśród tubylców. Nie przerażał go brak komfortu w stacjach misyjnych ani katastrofy naturalne. Do końca swoich dni czuł się szczęśliwy, żyjąc pośród swoich owiec i dzieląc ich los.

    Do dzisiaj z wielką pasją oddaje się posłudze duszpasterskiej austriacki misjonarz Erwin Kräutler, do niedawna jeszcze biskup Xingu, największej terytorialnie diecezji w Brazylii. Na początku swej posługi w diecezji pytał wiernych, czego oczekują od swojego biskupa. Nieraz pojawiała się odpowiedź, że powierzoną mu diecezją winien kierować nie od biurka, lecz wychodząc ku ludziom, aby na własnej skórze doświadczyć, jak wygląda codzienne życie jego owiec. Dlatego jako dobry pasterz był nieustannie pośród nich. Zaledwie cztery miesiące w roku przebywał w swoim biskupim mieszkaniu. Resztę czasu spędzał w drodze, odwiedzając różne zakątki swojej diecezji. Stykając się z niesprawiedliwością, zawsze stawał po stronie ubogich i dotkniętych krzywdą mieszkańców Amazonii. Jego zaangażowanie w walkę o prawa rdzennej ludności indiańskiej nie podobało się biznesmenom i politykom. Z tego powodu wielokrotnie grożono mu śmiercią i próbowano dokonać zamachu na jego życie. Od wielu lat zwyczajne kontakty z ludźmi utrudnia mu rządowa ochrona, bo jak w towarzystwie policjantów odwiedzać ludzi po domach?

    Redemptoryści – pasterze ubogich i opuszczonych

    W Zgromadzeniu Najświętszego Odkupiciela od początku mówi się o poszukiwaniu zagubionych owiec, czyli o wychodzeniu do najuboższych i opuszczonych. Założyciel redemptorystów, św. Alfons Maria de Liguori, zwracał się ku nim, aby być wiernym Chrystusowi – Najwyższemu Pasterzowi, który przychodząc na świat, ogołocił samego siebie i stał się pokornym sługą wszystkich.
    Św. Alfons nie rozpoczynał proklamacji Ewangelii ubogim tylko od głoszenia miłości Chrystusa, ale miał także na uwadze konkretnego człowieka z jego potrzebami. Ważne dla niego było to, by patrzeć na ludzi oczyma Chrystusa i w każdym grzeszniku widzieć zagubioną owieczkę, którą należy przyjąć z serdecznością i radością, unikając przesadnej surowości.

    Redemptorysta wydziela „zapach owiec”, ponieważ pośród nich przebywa. Dlatego wolą św. Alfonsa było to, by swoje domy jego współbracia stawiali na peryferiach, ułatwiając ubogim i opuszczonym słuchanie słowa Bożego oraz przystępowanie do sakramentów. Prowadzone przez redemptorystów misje ludowe, w czasie których rozbrzmiewała Ewangelia wzywająca do nawrócenia, nie były prowadzone centralnie w dużych skupiskach ludzkich. Misjonarze rozchodzili się po małych wioskach, aby mieć bezpośredni kontakt z ludźmi.

    Bliski kontakt z rzeczywistością sprawiał, że św. Alfons z wielką łagodnością podchodził do zbłąkanych owiec. Skoro bowiem sam Odkupiciel pochyla się nad ludzką słabością, trzeba ją rozumieć i współdzielić, a także pomagać ludziom ją przezwyciężyć. Prawda moralna winna być zawsze traktowana jako lekarstwo, które pomaga nękanemu słabością człowiekowi wyzwalać się z niej i stopniowo wzrastać ku świętości, co jest często powiązane z ogromnym wysiłkiem, zwłaszcza w przypadku ludzi nękanych biedą materialną, niesprawiedliwością i surowymi warunkami życia.

    Gdy pasterz zanurza się w codzienne życie swoich owiec i poznaje ich los, wszystko to zaczyna przenikać jego sposób myślenia i działania. Wtedy od redemptorystów rozchodzi się „zapach owiec”, czyli gorliwość w pełnieniu posługi i umiar w korzystaniu z dóbr materialnych. Nie dla misjonarzy Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela są honory światowe i kościelne, pierwsze miejsca i wielkie sceny. Ich powinnością jest stanąć po stronie ubogich i naśladując Jezusa, głosić im Ewangelię tak, aby mogła być zrozumiana i przyjęta przez każdego człowieka.

    Z takim nastawieniem do swojej misji podchodzą redemptoryści „wcielający się” w życie ubogich i opuszczonych. Piotr Donders opuścił swoją ojczyznę – Holandię, aby w Surinamie głosić Ewangelię językiem zrozumiałym dla mieszkańców tej wyspy i żyć pośród nich jak brat, dla wszystkich bez wyjątku: także nędzarzy, niewolników i trędowatych. Wiedział, że z powodu gorąca ludzie niechętnie wychodzili z domów. Właśnie dlatego jako dobry pasterz chodził od domu do domu, by głosić słowo Boże. Franciszek Ksawery Seelos wyruszył w poszukiwaniu opuszczonych z Niemiec do Stanów Zjednoczonych. Był przekonany, że jeśli ktoś jako kapłan zajmuje miejsce Jezusa, winien odnosić się do ludzi z tą samą serdecznością, co Odkupiciel. Zawsze był gotów iść tam, gdzie zagubione owce potrzebowały pomocy.  Dlatego bez obaw przed narażeniem się na drwiny ze strony otoczenia, całą noc czuwał przy umierającej prostytutce, towarzysząc jej w ostatnim etapie drogi prowadzącej do wieczności.

    Podobnie dzisiaj redemptoryści przesiąkają „zapachem owiec”, gdy na Uralu zamieszkują w małej i nędznej chatce, w której nie można się wyprostować i jest tak zimno, że woda w miednicy zamarza. Tak się dzieje, gdy tygodniami wędrują w boliwijskich Andach od wioski do wioski, aby korzystając z gościny ludzi ubogich, zamieszkujących w lepiankach bez prądu i bieżącej wody, głosić orędzie zbawienia. Tak się dzieje, gdy zamieszkują w brazylijskich dzielnicach nędzy, aby chronić ubogich przed wysiedleniami i deprawacją moralną. Tak się dzieje, gdy w czasie uroczystości rodzinnych i parafialnych klerycy z naszego seminarium, zamiast siedzieć za stołem i dać się obsługiwać, troszczą się o to, aby innym niczego nie zabrakło. W ten oto sposób ludzie rozpoznają w nich wszystkich ducha Jezusa, który nie przyszedł na ziemię, aby się wywyższać i dać się innym obsługiwać, ale uniżyć się i być sługą wszystkich.

    Kto z pasterzy chce „pachnieć jak owce”, nie może zachwycać się sobą i skupiać się na swojej pozycji społecznej albo funkcji – proboszcza, nauczyciela religii, wykładowcy… Trzeba przestać szukać swojej chwały i zejść z wysokości swego urzędu, aby spojrzeć ludziom prosto w oczy i oddać im do dyspozycji swoje talenty, uprawnienia i bogactwo duchowe. Wtedy też przed pasterzem najpełniej odsłania się tajemnica szczęścia, które znajdzie tylko ten, kto żyje dla innych. A wtedy „zapachowi owiec” towarzyszyć będzie promieniowanie radości i dobroci.

    o. prof. Ryszard Hajduk CSsR, wykładowca homiletyki w WSD Redemptorystów w Tuchowie oraz liturgiki i teologii pastoralnej na UWM w Olsztynie

    „Rodzina Odkupiciela” – biuletyn WSD Redemptorystów w Tuchowie, nr 1 (77) 2017, s. 22-25.

    Udostępnij