• Portal Kaznodziejski
    XXV Kapituła Generalna
    Matka Boża Nieustającej Pomocy
  • Menu

    Nowicjat: Słowa(k) o Polsce

    Ja i Stanislav stoimy przed drzwiami „Willi” i czekamy, aż nam ktoś otworzy. Nie trzeba czekać długo. Drzwi się otwierają. „Szczęść Boże!” „Naveky amen.” „Już na was czekamy”. Tak 5 sierpnia 2016 r. rozpoczęła się nasza słowacko-polska przygoda, która w ostatnich dniach się skończyła.

    W Lubaszowej przywitał nas nasz współbrat z Bratysławy František Skonc, który w Tuchowie przygotowywał się na swoje śluby wieczyste. Właśnie on ratował nas podczas pierwszych godzin zaznajamiania się z językiem podobnym do wschodnio-słowackiej gwary, ale jednak na tyle zróżnicowanym, że bez tłumacza nie wiedzielibyśmy nawet, o której i gdzie będą modlitwy południowe.

    Pierwszą nową rzeczą, którą odczuliśmy od początku naszego pobytu w międzynarodowym nowicjacie redemptorystów w Lubaszowej, było życie w dużej wspólnocie. W Bratysławie, gdzie odbywaliśmy postulat, wspólnotę formacyjną tworzyło 5 osób (4 postulantów i 1 kleryk), natomiast w nowicjacie było nas 10. Większa wspólnota przynosiła wiele zalet: sala wspólna nigdy nie była pusta, zawsze był ktoś, z kim można było porozmawiać. Był także większy wybór rozmówców, większe bogactwo zainteresowań, różnych duchowości czy poczucia humoru. Było też więcej rąk do pracy i więcej chętnych do zagrania w piłkę siatkową lub nożną.

    Nie tylko liczba osób, ale też sposób życia wspólnoty w nowicjacie różnił się od tego, który prowadziliśmy w postulacie. W nowicjacie większość czasu spędzaliśmy razem – modlitwy, posiłki, wykłady, praca, czas wolny – to wszystko robiliśmy jako wspólnota. Natomiast w postulacie spotykaliśmy się często tylko na modlitwach porannych i wieczornych, na spotkaniach wieczornych – czy to modlitewnych, czy formacyjnych – i na krótkiej wspólnej „kawce” po obiedzie. Było to spowodowane głównie tym, że wszyscy studiowaliśmy na jezuickiej uczelni, do której chodziliśmy codziennie (15 minut na piechotę). Każdy z nas miał inny plan lekcji, dlatego często mijaliśmy się w domu. Ktoś był w szkole do obiadu, ktoś po obiedzie.

    Przy omawianiu nowych doświadczeń z ostatnich 9 miesięcy w Polsce nie można pominąć sprawy dotyczącej różnych modlitw. Na Słowacji podstawę wspólnych modlitw tworzyło odmawianie Liturgii Godzin. Codziennie wspólnie odmawialiśmy wezwanie, jutrznię (modlitwy poranne), modlitwę południową i nieszpory (wieczorna modlitwa). Natomiast w Polsce Liturgia Godzin przeplatała się z różnymi innymi nabożeństwami, które na zmianę przygotowywaliśmy my – nowicjusze. Było to bardzo owocne, ponieważ z jednej strony miałem okazję do rozwijania własnej kreatywności przy tworzeniu różnych adoracji, rozważań, a z drugiej strony mogłem ubogacić swoje praktyki modlitewne i własną duchowość przez przyzwyczajanie się do modlitewnych form zaproponowanych przez współbraci, których wcześniej nie stosowałem (na przykład różne litanie).

    Do tego trzeba dodać dwa nabożeństwa, które przeżywaliśmy razem z parafianami w kaplicy Matki Bożej Wniebowziętej. Pierwsze to Godzinki ku czci Niepokalanego Poczęcia NMP. Nigdy wcześniej o nich nawet nie słyszałem. Pamiętam bardzo dobrze pierwszą niedzielę świętowaną w Polsce, kiedy po raz pierwszy uczestniczyłem w tym nabożeństwie. Tekstu nie do końca rozumiałem, dlatego śpiewanie tych samych melodii przez 25 minut wydawało mi się niekończące (i nieskończenie nudne). Później natomiast, kiedy zacząłem orientować się, o czym w Godzinkach się śpiewa, zainteresowałem się nimi i polubiłem je. Nigdy mi nawet na myśl nie przyszło, że takie starotestamentalne określenia jak „różdżka Aaronowa”, „plastr miodu Samsona” mogą być zastosowane, żeby opisać Maryję. Byłem zafascynowany! Drugim niespotykanym u nas nabożeństwem były Gorzkie Żale. Również w tym przypadku moje pierwsze wrażenia nie były zbyt pozytywne. Potrzebowałem trochę czasu, abym potrafił ocenić piękno i głębokość tej typowo polskiej modlitwy.

    Czy chcę czy nie chcę, muszę przyznać, że takiej „klasztornej” atmosfery nie spotkałem w żadnym z domów na terenie mojej rodzimej prowincji. Widać to chociażby w takich szczegółach, jak dzwon na korytarzu, którego dźwięk rozlega się 5 minut przed rozpoczęciem każdego punktu programu. Było to można dostrzec także w refektarzu, czy po sposobie ubioru ojców (którzy przynajmniej w niedzielę pojawiali się w habitach) i nowicjuszy (w święta ubieraliśmy zawsze garnitury), czy po wspólnych modlitwach, które były w miarę rozbudowane i wszyscy znali je na pamięć.

    Można by jeszcze wiele napisać na temat różnic w zwyczajach i w sprawach kulinarnych, ale wspomnę przynajmniej kilka najważniejszych. Kolacja Wigilijna była bardziej bogata, składała się z większej ilości dań, niż typowa słowacka. Nie spodziewałem się pierogów, barszczu czy pasztecików. U nas typowymi wigilijnymi daniami są opłatki z miodem i czosnkiem, zupa z kapusty z kiełbasą i grzybami oraz tzw. „bobaľky” – kawałki pieczonego ciasta maczane w mleku z makiem. Nie można pominąć polskiego zwyczaju łamania się opłatkiem, który nie ma analogii w naszej kulturze. Najciekawszym posiłkiem były dla mnie „pyzy” (zarazem największym rozczarowaniem), co cieszyło współbraci, bo więcej zostało dla nich. Mówiąc o Świętach Bożego Narodzenia, muszę wspomnieć kolędę – wizytę duszpasterską u parafian. U nas ksiądz odwiedza tylko te rodziny, które zaprosiły go, aby pobłogosławił ich dom.

    Moja lubaszowska przygoda skończyła się. Jeden ważny epizod życia za mną. Zostało mi dużo wspomnień, doświadczeń. Lepszych i gorszych. Ale jak śpiewa czeski piosenkarz Jaromir Nohavica: „złe rzeczy zapomina się ze względu na dobre”. Ja także mogę powiedzieć, że dobre wspomnienia będą zdecydowanie przeważać nad gorszymi. Spodobało mi się tutaj. Polubiłem ludzi, miejsce, język. Polubiłem Polskę!

    br. Juraj Džama, Nowicjat Redemptorystów

    „Góra Tabor“ – Biuletyn Nowicjatu Redemptorystów Lubaszowa-Podoliniec, nr 1 (2017)

    Udostępnij